rel='stylesheet' type='text/css'>

«

»

Artykuły

 

 

Kilka publikacji Mariana Ryszarda Świątka opublikowanych na stronie Rada Miasta Żagań

 

 

Historia warzenia piwa w Żaganiu

Piwo jest jednym z najstarszych produktów cywilizacji. Historycy uważają, że piwo warzono już 10 tys. lat p.n.e. w Mezopotamii i Sumerze. Tabliczka zawierająca pismo klinowe znaleziona w 1981 r. opisuje gatunek piwa wytwarzanego w Babilonii ok. 6 tys. lat p.n.e. Podstawowym surowym materiałem służącym do produkcji piwa jest jęczmień. Wiadomo, że był on stosowany już, co najmniej 3 tys. lat p.n.e. Ponieważ jęczmień rośnie w chłodnym klimacie lepiej niż winogrona, to w państwach północnych, takich jak Niemcy i Anglia, wytwarzano raczej piwo a nie wino.

Najprawdopodobniej pierwsze gatunki piwa powstały w drodze przypadku. Przepisy warzenia piwa znały wszystkie starożytne ludy. Wiadomo, że wykorzystywali oni do produkcji orkisz, jęczmień i owies. Pierwsze wzmianki w Europie o warzeniu piwa, oraz grafiki przedstawiające browar klasztorny pochodzą z 820 r. Około XIII wieku nastąpił powolny rozwój świeckich browarów.

O tym, że w Żaganiu warzono piwo już w XIII wieku możemy się dowiedzieć z przekazów historycznych. Jedną z najbardziej znanych opowieści związanych z piwem jest zdarzenie, którego bohaterem jest książę Konrad II ścinawski i żagański. W 1299 r. przed Konradem II otworzyła się wielka szansa rozpoczęcia wspaniałej kariery kościelnej. Dzięki wstawiennictwu szwagra Albrechta II, hrabiego Gorycji, kapituła akwilejska wybrała go na stanowisko patriarchy. Książę żagański nie dotarł jednakże do swojej nowej diecezji zatrzymując się w połowie drogi w Wiedniu gdyż, jak mówi ?Kronika książąt polskich?; tam, dokąd zmierza ?mają tylko wino, a nie ma przyrządzonego z pszenicy piwa, na którym wychował się od dzieciństwa?. Oczywiście sensacyjny ten pretekst nie był głównym powodem powrotu Konrada do kraju. Tym właściwym było niezatwierdzenie jego kandydatury przez papieża Bonifacego VIII.

Piwo było warzone w browa­rze klasztornym, na co klasztor już z chwilą przenoszenia go z Nowogro­du Bobrzańskiego do Żagania w 1284 r. miał otrzymać przywilej do prowadzenia browaru, słodowni, piekarni i ubojni. Potwierdzenie tego faktu znajduje się w przywileju księcia Baltazara dla zakonu z 1455 r., w którym książę potwierdza przywileje nadane wcześniej: ,,jak klasztor, który za ojca, dziada i długo przed tym posiadał prawa prowadzenia pro­dukcji piwa, słodu i piekarni.”

Następnym ważnym wydarzeniem było wydanie przez księcia Henryka V Żelaznego w dniu 21 września 1351 r. przywileju zezwalającego mieszczanom żagańskim na bezpłatne wytwarzanie piwa na potrzeby własne i najbliższej rodziny.

Do 1400 r. podstawowymi składnikami służącymi do produkcji piwa były słód jęczmienny, woda i drożdże. Aby zapobiec psuciu się piwa i dla nadania smaku dodawano rozmaryn i tymianek. Piwo było mętne i zawierało mnóstwo białka i węglowodanów, stanowiąc dobre źródło wartościowych składników odżywczych zarówno dla chłopów jak i szlachty. Uważa się, że w XV wieku odkryto nowy rodzaj piwa. Kupcy z Flandrii i Holandii wprowadzili do produkcji piwa chmiel, co nadało piwu gorzki posmak. Gatunki z zawartością chmielu stały się tak popularne, że do osiemnastego stulecia praktycznie wszystkie gatunki piwa zawierały chmiel. Do końca XVIII wieku piwo było traktowane jako środek spożywczy, otrzymywali je w formie deputatu pracujący w dobrach klasztornych poddani. Piwo spożywały także kobiety, chorzy i dzieci. Miało ono naturalnie niższą zawartość alkoholu jak piwa dziś wytwarzane.

Warzeniem, produkcją piwa szczególnie zainteresowane były klasztory. Do swej ubogiej, szczególnie w okresach postu, diety potrzebowali, bowiem przyjemnego w smaku, pełnego witamin i składników mineralnych napoju. Przepisy dotyczące postu nie obejmowały piwa, więc mogło o­no być spożywane przez cały rok. W niektórych klasztorach zakonnikom przysługiwało nawet 5 litrów tego napoju dziennie. Z czasem klasztory zaczęły produkować więcej piwa niż potrzebowały. Zaczęto je sprzedawać i klasztory, dzięki produkcji piwa, gromadziły spore dochody.

Pod koniec XVI wieku produkcja piwa przestała być domeną zakonów. Mogli zajmować się nią również świeccy. Przywilej warzenia piwa był nadawany przez władców, którzy dostrzegli nowe źródło bogactwa. Bardzo skwapliwie pobierali podatki od wytwórców tego napoju. Solą w oku były im klasztory, które, jako że przywilej warzenia posiadały od dawna, jeszcze sprzed okresu nakładania podatku na piwo, nie musiały nic płacić do królewskiej czy książęcej kiesy. Dlatego też władcy zaczęli zamykać klasztorne browary. Zakony wciąż odgrywały jednak znaczącą rolę w browarnictwie.

Na dziedzińcu Placu Klasztornego w Żaganiu zachował się do dnia dzisiejszego budynek późnogotyckiej słodowni. Między zakonem a mieszczanami żagańskimi, produkującymi piwo w browarze miejskim, dochodziło do częstych zatargów na tle sprzedaży piwa klasztornego w mieście. Klasztor starał się sprzedawać piwo i wódkę na Łużycach, co godziło z kolei w interes Bibersteinów. Kiedy Wenzel von Biberstein w 1461 r. starał się zahamować napływ żagańskich trunków, doszło do ostrych scysji. Po kilku latach nastąpiły ustalenia, że opaci mieli pra­wo przywozić piwo jedynie do Kunic, do spożycia przez poddanych klasztoru. Wieś Kunice Żarskie była do 1810 r. (sekularyzacja) własnością żagańskiego klasztoru. Podobne wydarzenia miały miejsce w innej klasztornej wsi – Jabłonowie. Sołtys Jabłonowa miał m.in. przywilej warzenia i sprzedaży piwa, jednak z wyłączeniem sprzedaży go w dużych beczkach. Z powodu naruszania tego prawa mieszczanie żagańscy dwukrotnie napadli na wieś niszcząc beczki i urządzenia do warzenia piwa ( w 1415 i 1530 r.)

Przemysłowe warzenie piwa w Żaganiu ma swój początek w połowie XIX wieku. W 1844 r. zezwolono Gustawowi Schnellerowi ze Starej Klępiny na wydzierżawienie na okres 6 lat prawa warzenia piwa w mieście. 25.07.1863 r. Żagańska Gmina Piwowarska (Saganer Braukommune) sprzedała G. Schnellerowi dzierżawiony przez niego browar miejski z budynkami i wyposażeniem (Gymnasialstrasse 2/3). W latach 1859 – 1863 rozpoczął on budowę nowego browaru (68 m x 16 m) przy ulicy Dworcowej 60. Pod budynkiem browaru zbudowano trzy piwnice o wymiarach 29,25 m x 16 m., a wysokie na 14,60 m. Kubatura budynku wynosiła 22 729,20 m3. W 1865 r. browar Schnellera zbankrutował i kupił go A. Hayn z Wrocławia. Zakupił on maszyna parową i starał się dokończyć budowę browaru urządzając też obok restaurację. W 1871 r. browar zostaje przekształcony z konsorcjum w spółkę akcyjną. W 1877 r. zarząd spółki akcyjnej zdecydował o jej likwidacji. Kolejno właścicielami browaru byli: Louis Münke (1878), radny miasta R. Schittney (1880) a następnie bracia Kotelmann (1885). Następny właściciel browaru A. Rietzl zmodernizował i wyposażył browar w nowoczesne urządzenia (1892 – 1906).

 

Wykaz browarów żagańskich XIX i XX wieku

 

. Browar Bergschlösschen (Górski Zamek) ul. Dworcowa 60

Actienbrauerei zum Bergschlößchen (1860) 1875 – 1885

Bergschlösschen – Brauerei bracia Kotelmann 1885 – 1892

Bergschlösschen – Brauerei A. Rietzl 1892 – 1906

Bergschlösschen – Brauerei Fritz Schulte 1906 – 1913

Brauerei Bergschlößchen eGmbH 1913 – 1920

Genossenschaftsbrauerei Sagan GmbH 1920 – 1924

Brauerei Bergschlößchen AG 1924 – 1937

Brauerei Bergschlößchen GmbH 1937 – 1945

 

Browar – Rynek 20

Brauerei A. Hein 1865 – 1885

Brauerei Ernst Hein 1885 – 1905

Brauerei Paul Michaut 1905 – 1908

 

Browar – Hospitalstrasse 48 (obecnie na działce byłego browaru znajduje się budynek banku PKO – ul. Jana III Sobieskiego 14)

Brauerei Huber wdowa 1865 – 1872

Brauerei A. Neisser 1872 – 1880

Brauerei R. Liersch 1880 – 1893

 

Browar – Baderstrasse 16 (obecnie teren parkingu przy ul. Sobieskiego)

Brauerei Herm. Niklaus (1820) 1865 – 1872

Brauerei H. Niklaus wdowa 1872 – 1885

Brauerei H. Niklaus 1885 – 1892

Brauerei A. Schneider 1892 – 1895

Brauerei Tivoli Moritz Baudach 1895 – 1945

 

Browar miejski (Stadtbrauerei) – Gymnasialstrasse 2/3

W budynku przy ul. Gimnazjalnej 2/3 mieściła się do 1945 r. restauracja Stadtbrauerei – browar znajdował się na podwórzu (obecnie wejście do budynku dawnego browaru jest od ul. Słowackiego w podwórzu – po wojnie ulokowano w budynku dawnego browaru filię Zakładów Jajczarsko-Drobiarskich z Nowej Soli, a w 90. latach XX wieku po adaptacji urządzono w nim ,,Salę Królestwa Świadków Jehowy.”

Brauerei Gustav Schneller 1865 – 1888

Brauerei Wilh. Siegemund 1888 – 1893

Brauerei Schulz 1893 – 1895

Brauerei Herm. Thome 1895 – 1904

Brauerei Bernh. Pinkau 1904 – 1907

 

Po ostatniej wojnie na skutek zniszczeń dewastacji urządzeń i budynku browaru produkcja piwa w Zaganiu nie została wznowiona. Przez jakiś czas funkcjonowała w budynku dawnego browaru rozlewnia wód mineralnych i oranżady. Budynek dawnej restauracji hotelu spłonął, a dawne piwnice jeszcze niedawno były miejscem, w którym organizowano dyskoteki dla młodzieży.

 

Marian Ryszard Świątek

baltazar_1 bieruntersatzsagan
Baltazar bieruntersatzsagan
brauerei_bergschlossicen
brauerei_bergschlossicen
browar
browar_podstawka
browartivoli konrd  ii garbaty
Browar Tivoli Konrd II Garbaty

 

 

 

Komendant obozu Stalag Luft 3 w Żaganiu Friedrich Wilhelm von Lindeiner-Wildau

komendant1

Friedrich-Wilhelm von Lindeiner – Wildau urodził się w grudniu 1880 r. w Kłodzku, w niezbyt bogatej arystokratycznej rodzinie. Wybrał karierę wojskową. W 1898 r. był już podporucznikiem w 3. pułku gwardii piechoty w Berlinie. Cztery lata później na własną prośbę przeniesiony został do cesarskich wojsk kolonialnych w niemieckiej Afryce Wschodniej. Wkrótce został dowódcą wojskowej bazy w Kilimatinde ok. 500 km na północny-wschód od stolicy niemieckiej Afryki Wschodniej – Deressalam. Sprawował tam także funkcję cywilnego administratora tego okręgu. Gdy w 1903 r. wybuchły zamieszki wywołane przez kobietę o imieniu ,,Leti”, otrzymał rozkaz zaprowadzenia porządku. W walce kobieta zginęła, a von Lindeiner twierdził, że zabił ją osobiście. W okresie 1904/05 musiał v. Lindeiner ponownie przeprowadzić akcję karną. Po otrzymaniu zgody na przedłużenie pobytu w Afryce był przez jakiś czas adiutantem gubernatora niemieckiej Afryki Wschodniej, hrabiego Adolfa von Götzen w Daressalam. Rozruchy przerwały to zajęcie i znów musiał zająć się gaszeniem niepokojów. Ponieważ był zdolny i pracowity, szybko nauczył się tutejszej mowy, co ułatwiało mu pracę w administracji i w sądownictwie. Jakiś czas był adiutantem majora Johannesa (1906 r.), później samodzielnie dowodził oddziałem, walcząc z powstańcami pod przywództwem Schabruma. Za waleczność i sukcesy w zwalczaniu powstania został odznaczony orderem królewskiej korony 4. klasy z mieczami. Pozostał na służbie w niemieckiej Afryce Wschodniej do 1908 r. Został też awansowany na stopień porucznika i ponownie rozpoczął służbę w 4. pułku gwardii piechoty w Berlinie.

W czasie pobytu u krewnych w Piławie Górnej pow. Dzierżoniów (Gnadenfrei bei Reichenbach) poznał von Lindeiner swoją przyszłą żonę, którą była Henrietta Maria, Georgina hrabianka van der Goes. Ślub odbył się w Hadze w Holandii w dniu 25.03.1909 r., a Friedrich von Lindeiner szybko nauczył się holenderskiego, wziął też bezpłatny urlop i skończył kurs bankowości w banku Heydt w Berlinie. Nie mając pojęcia, o tym, że wkrótce nastąpi koniec pruskiej gwardii, stworzył sobie bazę dla późniejszego cywilnego zajęcia po klęsce Niemiec w 1918 r.

20.06.1912 von Lindeiner został awansowany do stopnia kapitana i został dowódcą 11. kompanii 1 pułku gwardii piechoty w Poczdamie. Po dwóch latach służby w Poczdamie, gdy wybuchła I wojna światowa, ku jego rozczarowaniu nie znalazł się na liście oficerów wyruszających na front. Po jakimś czasie wszystko zostało wyjaśnione. Został mianowany dowódcą straży sztabu piechoty przy głównej kwaterze cesarza Wilhelma II. Kwatera główna znajdowała się początkowo w Koblencji, później przeniesiono ją do Luksemburga. W tym okresie swojej służby często towarzyszył cesarzowi podczas spacerów czy przejażdżek konnych.

We wrześniu 1914 r. na życzenie syna cesarza, księcia Fritza (książę Eitel?Friedrich von Preußen był dowódcą 1. pułku gwardii piechoty), dołączył do swoich żołnierzy, którzy walczyli na froncie zachodnim (w rejonie Reims, Arras, Bapaume, Lille i we Flandrii ?Ypern). W listopadzie został ranny i przewieziony do Poczdamu, gdzie, po krótkim leczeniu ambulatoryjnym, kurował się dalej w swoim domu. W kwietniu 1915 r. powrócił do swojej jednostki, z którą w połowie kwietnia został przeniesiony do Galicji. Brał udział w walkach k. Gorlic (ok. 120 km na południowy – wschód od Krakowa) i koło Jarosławia nad rzeką San. W miesiącach lipiec/sierpień przebywał w lazarecie w Krasnymstawie (lecząc czerwonkę), aby później wziąć udział w walkach nad rzeką Bug na południe od twierdzy Brześć. Ponownie ranny powrócił do Poczdamu. Po wyleczeniu wyjechał na front, wraz z rezerwowym batalionem, do swojego pułku, który został skierowany na front zachodni i walczył w okolicach Roye-Noyon (k. St. Quentin). Tutaj został znów ranny, tym razem poważnie. Po leczeniu w wielu lazaretach zgłosił się w sierpniu 1915 r. do swojego pułku w Poczdamie. 4 października 1915 r. został mianowany osobistym adiutantem księcia Joachima von Preußen (6. syna cesarza Wilhelma II). Po zwolnieniu z tej funkcji w październiku 1917 r. wrócił do swojego pułku i został adiutantem gubernatora tj. komisarza Rzeszy dla zajętych terytoriów w krajach bałtyckich – hrabiego von Keyserlingk (mającego swoją siedzibę w Rydze).

Gdy rozpoczęła się tzw. ofensywa marcowa w 1918 r., został na własną prośbę skierowany na font do Francji (k. Lille i we Flandrii). 15 lipca 1918 r. został awansowany do stopnia majora. Miał wówczas 37 lat. Wcześniej otrzymał Żelazny Krzyż 2. klasy (23.08.15) i 1. klasy (28.12.15). Ponadto posiadał ordery i odznaczenia: Krzyż Zasługi 3. klasy z mieczami odznaczenie domu książąt Hohenzollernów, Krzyż Hanzeatycki miasta Lubeki, Krzyż Rycerski 1. klasy z mieczami odznaczenie domu książąt Sachsen?Ernestinischen, Wojenny Krzyż Zasługi 2. klasy książąt Brunszwiku, Żelazny Półksiężyc Cesarstwa Turcji, Krzyż Hanzeatycki miasta Bremy i srebrną odznakę za odniesione rany.

Po klęsce Niemiec został zwolniony ze służby dn. 16.10.1919 r. Otrzymał emeryturę i prawo noszenia munduru 1. pułku gwardii piechoty. W grudniu 1919 r., gdy sytuacja w Niemczech ulegała pogorszeniu, v. Lindeiner wyjechał z rodziną do Haarlemu w Holandii. Podjął tam pracę w firmie u swojego szwagra w branży handlowej (kawa). Szybko nauczył się języka hiszpańskiego, ponieważ w czasie licznych podróży handlowych do Południowej Ameryki, oprócz angielskiego i francuskiego, był mu on bardzo potrzebny. Stworzył tutaj dla siebie i swojej rodziny dobre warunki bytowania. Zaufanie, jakie zdobył na początku I wojny światowej u cesarza Wilhelma II, dały teraz von Lindeinerowi okazję do częstych kontaktów z internowaną i rozdzieloną rodziną cesarską, przebywającą w Holandii. Cesarz przebywał w Amerongen względnie w Doorn k. Utrechtu, zaś jego syn, następca tronu Wilhelm, na wyspie Wieringen. Często cesarz prosił v. Lindeinera o odwiedzenie go i porozmawianie o rożnych sprawach.

Po 12 latach, gdy v. Lindeiner osiągnął wysoką pozycję w prowadzonych interesach, niemiecka kolej (Reichsbahn) zaproponowała mu wstąpienie do zarządu firmy transportowej, Schenker&Co, którą właśnie kupiła. Siedziba firmy była w Berlinie i von Lindeiner zajmował się jej sprawami finansowymi. Von Lindeiner przyjął to stanowisko, aby móc powrócić do Niemiec. W tej firmie pracował do lata 1937 r. Odszedł na własne życzenie, ponieważ w międzyczasie warunki funkcjonowania firmy zmieniły się tak dalece, że nie odpowiadało to już jego wyobrażeniom i zasadom.

W czasie pracy w tej firmie, podróżując w celach służbowych poznał całą Europę na zachód od Wisły, jak również cały kontynent amerykański. Znał 5 języków (w czasie olimpiady w Berlinie w 1936 r. opiekował się m. in. zagranicznymi gośćmi), dlatego trudno się dziwić, że proponowano mu wiele różnych posad. Odrzucił między innymi propozycję podjęcia pracy w tzw. ?Wydziale ds. Obcych Wojsk? (Abteilung Fremde Heere) sztabu generalnego niemieckich sił zbrojnych czy w Abwehrze (wywiad i kontrwywiad wojskowy). Dopiero później udało mu się, poprzez jednego z przyjaciół, postarać o pracę jako pracownik cywilny w sztabie generalnym Luftwaffe (niemieckie siły powietrzne). Nieco później został ponownie przyjęty do służby i w styczniu 1940 r. został kierownikiem wydziału ds. obcych sił powietrznych na kraje zachodniej części Europy i zamorskie (Abteilung Fremde Luftmächte West und Übersee.) Szef sztabu generalnego Luftwaffe mianował go w kwietniu 1942 r. attaché lotnictwa w Lizbonie (Portugalia). W czasie przygotowań do objęcia tej funkcji w ministerstwie spraw zagranicznych jego wyjazd do Lizbony został, na polecenie kancelarii Rzeszy, odwołany. Wówczas von Lindeiner złożył po raz czwarty w przeciągu 4 lat wniosek o zwolnienie ze służby (w międzyczasie został awansowany do stopnia pułkownika), ale został on odrzucony. Zapewne był już wcześniej przewidziany i mianowany komendantem obozu jenieckiego oficerów lotnictwa w Żaganiu. W dniu 01.06.1942 objął stanowisko komendanta obozu w Żaganiu.

Większość obserwatorów oceniało wysoko von Lindeinera jako komendanta obozu. Był człowiekiem bardzo spostrzegawczym i po pewnym czasie miał sprecyzowane zdanie o każdym z osadzonych w obozie jeńców. Był dobrze wykształcony, mówił płynnie po angielsku i był niesamowicie uzdolniony. W jednym z raportów pada stwierdzenie, że nigdy nie podnosił głosu, a inne źródło podaje, że z jednej strony był uprzejmy i delikatny, a z drugiej zdarzały mu się także ?wybuchy niekontrolowanej złości?. Zdarzyło się również, że jednemu z jeńców groził pistoletem. To samo źródło podaje, że ?von Lindeiner był bardziej przyjaźnie nastawiony do jeńców niż jakikolwiek inny komendant….? Najtrafniej ocenił to jeden z jeńców, który tak go scharakteryzował: ?Żaden komendant obozu jenieckiego nie jest dobry dla jeńca, ale moim zdaniem von Lindeiner [nim] był….?

W czasie sprawowania funkcji komendanta obozu Stalag Luft 3, von Lindeiner mieszkał w oddalonej ok. 5 km od Żagania wiosce Jeschkendorf (zniszczona przez Rosjan po wojnie niewielka wieś pomiędzy Kolonią Laski, a Marszowem – polska nazwa Jaszkowice) w pięknie położonej willi. Codziennie przyjeżdżał do obozu służbowym samochodem.

Jego stosunek do jeńców Polaków był w zauważalny sposób nacechowany życzliwością, a sposób, w jaki traktował on jeńców rosyjskich wyraźnie różnił się od okrucieństwa, na jakie byli narażeni jeńcy z Armii Czerwonej w innych obozach hitlerowskich. W obozie Stalag Luft 3 było około 300 jeńców rosyjskich, którzy wykonywali prace porządkowe na terenie obozu. Kiedy przywieziono ich do obozu, byli w bardzo opłakanym stanie – niedożywieni i nędznie odziani. Po konsultacjach z lekarzami, von Lindeiner załatwił w pobliskiej rzeźni krew i nakazał gotowanie zup na krwi z pokrzywami i młodymi pędami z wierzchołków sosen. Rosjanie szybko odzyskali siłę i chęć do życia (…). Wśród Niemców panowało przekonanie, że komendant von Lindeiner okazywał zbyt wiele zrozumienia i troski jeńcom rosyjskim.

Nie krył się ze swoimi poglądami i otwarcie mówił jeńcom, że zamierza ich traktować tak, jak chciałby być traktowany, gdyby sam kiedykolwiek znalazł się do niewoli. Apelował do jeńców, aby ,,honorowo i spokojnie pogodzili się, ze swoją nieszczęsną sytuacją i aby zachowywali się stosownie do niej”. Jeńcy odpowiadali mu, że ich prawem i obowiązkiem jest próbować przyłączyć się ponownie do własnych oddziałów. Dyskusja, którą wywołał, doprowadziła do zawarcia dżentelmeńskiej umowy: ,,Wojna dla przebywających w obozie jeńców została zakończona. Uznają oni międzynarodowe prawo i regulaminy obozowe. Pozostawia się im jednak prawo do powrotu do swoich oddziałów przez ucieczkę. Walka zbrojna ma być zastąpiona ,,walką w umysłach”. We wszystkich działaniach wymaga się całkowitej uczciwości.”

Przestrzeganie tego niepisanego kodeksu postępowania w obozie Stalag Luft 3 ilustruje następujący przykład: -Dwóch jeńców zwróciło się do sierżanta Pilza z prośbą o dostarczenie mapy terenu wokół Żagania. komendant2Za jej załatwienie zaoferowali pokaźną łapówkę. Pilz zgłosił ten fakt zwierzchnikom i otrzymał rozkaz przeprowadzenia transakcji. Po trzech tygodniach targowania jeńcy zgodzili się zapłacić za zamówioną mapę 50 marek. Do przekazania mapy miało dojść rankiem podczas apelu, kiedy dwóch oficerów udając chorych miało czekać w baraku na Pilza. W umówionym czasie Pilz przyszedł z mapą. Brytyjczycy zapłacili umówioną kwotę, a on szybko schował pieniądze do kieszeni, zabrał mapę i zaniósł wszystko do komendanta obozu (v. Lindeinera). Brytyjczycy byli oburzeni i postępek sierżanta oceniono jako bardzo niehonorowy. Zgłosili ten incydent komendantowi v. Lindeinerowi, podkreślając złamanie dżentelmeńskiej umowy.

Z czasem życzenie v. Lindeinera, aby jeńcy zaakceptowali swój los i spokojnie przesiedzieli wojnę w obozie nabrało nowego znaczenia. Jego pierwotna sugestia, by zrezygnować z ucieczki, być może odzwierciedlała nieco więcej niż tylko pobożne życzenie starego żołnierza, który po prostu nie chciał żadnych problemów na swojej służbie. (?) mówił o niebezpieczeństwach, jakie czyhały na więźniów na zewnątrz obozu ze strony ludności cywilnej, która miała dosyć lotniczych nalotów alianckich. Von Lindeiner błagał starszych oficerów, aby ?pomyśleli o matkach, kobietach i dzieciach swoich przyjaciół, których szczęście będzie zagrożone, jeśli jacyś młodzi napaleńcy spróbują zrobić coś głupiego, co nie będzie miało nawet wpływu na rezultat wojny?. Próbował desperacko ich ostrzec, nie odkrywając wszystkiego, co wiedział o ich przypuszczalnym losie, gdyby zdecydowali się na ucieczkę. Mówił: ,,Tutaj, w obrębie obozu jenieckiego, odpowiadam własnym życiem za jeńców; tutaj będę ochraniać was wszystkimi dostępnymi mi środkami, na zewnątrz obozu jestem bezsilny. Błagam was, potraktujcie moje słowa bardzo poważnie i zachowujcie się odpowiednio”. Jednak więźniowie albo mu nie wierzyli, albo zdecydowali się podjąć to wysokie ryzyko. Von Lindeiner obserwował ze smutkiem, jak więźniowie kopiąc tunel, torowali sobie drogę ku śmierci.

Niemieckie zapisy wykazują, że podczas komendantury v. Lindeinera, która trwała 21 miesięcy i 24 dni, więźniowie dokonali 262 prób ucieczki, a 100 z nich opierało się na drążeniu podziemnych tuneli. (?) Von Lindeiner, jak mu się wydawało, miał sprzymierzeńca w pułkowniku Herbercie Massey-u, który w Stalagu Luft 3 był starszym obozu. Massey i von Lindeiner zdawali się wzajemnie rozumieć i robili wszystko, co się dało, aby relacje między Niemcami a osadzonymi w obozie jeńcami wojennymi były poprawne. Co więcej, kiedy wiosną 1943 roku, znany angielski chirurg przybył do środkowych Niemiec, by operować Anglików, którzy odnieśli poważne rany, von Lindeiner wysłał Massey?a z dwuosobową eskortą do szpitala, by ów chirurg mógł zająć się jego ranną stopą. Około dwóch miesięcy później von Lindeiner odbył rozmowę telefoniczną z komendantem szpitala. Massey był podejrzany o podburzanie tamtejszych współwięźniów do buntu. Komendant chciał się dowiedzieć od von Lindeinera czy jego zdaniem Massey byłby zdolny do tego. Gdyby stwierdził, że tak, wszczęto by przeciwko niemu postępowanie. Von Lindeiner poręczył za niego, a następnie posłał kolejną eskortę, by przywiozła Massey-a z powrotem do obozu.

Zwiększając zakres swojej pomocy, von Lindeiner był pewien, że Massey zrewanżuje się tym samym, gdyby zaszła kiedykolwiek taka potrzeba. Więc kiedy odkrył, iż więźniowie nadal robią podkopy pomimo jego ostrzeżeń, zwrócił się do Massey?a. Miał nadzieję, że uda mu się oddalić niebezpieczeństwo i przeprowadził z nim poważną rozmowę, przypominając mu, że po dwóch latach trwającej współpracy, powinien go znać wystarczająco dobrze, aby poważnie traktować jego ostrzeżenia. Von Lindeiner był głęboko rozczarowany, kiedy odkrył, że zawiódł się na Massey,?u, ponieważ okazało się, że nie tylko znał każdy szczegół planu ucieczki, ale też wspierał aktywnie działania jeńców.

Jego opinia na temat wyraźnej zdrady Massey-a jest odbiciem moralnego kodeksu poprzedniego wieku; ,,wierzyłem, że, będąc odpowiedzialnym za życie i przyszłość tylu młodych ludzi, powstrzymam ich przed udziałem w tej bezsensownej, dziecinnej przygodzie. Jakże gorzko się zawiodłem.”

mapaNiemcy strawili całą następną noc po Wielkiej Ucieczce na ustaleniu ilości jeńców, którzy uciekli z obozu. Dla von Lindeinera ,,liczba ta była porażająca, brakowało 76 jeńców”. Do obozu przybyła spora grupa śledczych, zadająca wciąż te same pytania, rozmawiając prawie z każdym z wyjątkiem von Lindeinera, zbierając dowody do jego procesu. W dniu 26 marca o godzinie 14.00, dwóch oficerów z Dowództwa Okręgu Sił Powietrznych (Luftgau) w Berlinie-Dahlem przybyło wraz z zastępcą sędziego, generałem dr Garbe, i wręczyło von Lindeinerowi nakaz sądowy, którego się spodziewał. Ze stoickim spokojem przeczytał: ,,Płk von Lindeiner-Wildau zostaje niniejszym zwolniony ze służby jako komendant obozu jenieckiego i niniejszym zarządza się przeprowadzenie śledztwa. Płk Lindeiner ma pozostać w obozie do momentu rozpoczęcia procesu sądowego. Funkcję komendanta obozu przejmuje jeden ze starszych oficerów załogi obozowej”. Płk von Lindeiner zażądał przeprowadzenia formalnego procesu sądowego. Po aresztowaniu 64 letni von Lindeiner doznał ataku serca. Postawiono mu zarzut nieposłuszeństwa w czasie wojny, przez narażenie na poważny szwank ważnych interesów Rzeszy. Podczas wielkiej narady w kwaterze Hitlera w Obersalzbergu tzw. Führerbesprechung w dniu 26 marca 1944 r. Reichsführer Heinrich Himmler w towarzystwie generałów zacierał ręce, mówiąc: ?Wreszcie mam Lindeinera, przez cztery lata bez powodzenia, próbowałem go złapać?. Po otrzymaniu bardzo łagodnego wyroku (1 rok więzienia), na początku października, 1944 r, zanim przed sądem wojennym mogło się rozpocząć drugie postępowanie sądowe zjawiło się u von Lindeinera dwóch psychiatrów, którzy stwierdzili, że już od dawna jest on psychiczne rozstrojony i skierowali go do zakładu psychiatrycznego w Görlitz. W ten sposób uwolnił się on na razie od swoich prześladowców.

Gdy w końcu stycznia 1945 r. front zbliżał się do Görlitz, ewakuowano zakład psychiatryczny na zachód, a kierujący nim lekarz powiedział von Lindeinerowi, że nie może go zabrać ze sobą. Oświadczył mu, że jest tak samo zdrowy jak on i może sam pojechać do swojego domu. Von Lindeiner udał się jednak do Żagania i zgłosił się do komendanta kierującego obroną miasta i odcinkiem frontu na rzece Bóbr, ppłk Friedricha Maschera, który mianował go swoim zastępcą. Ponieważ ppłk Mascher wkrótce potem poległ w pierwszej potyczce z Rosjanami w okolicy Starego Żagania (11 lutego), von Lindeiner został komendantem. Następnego dnia został on również postrzelony, a Rosjanie myśleli, że jest martwy i zostawili go leżącego na polu walki. Ale on był tylko ranny i udało mu się mimo śniegu i mrozu uciec z Żagania. Skierował się na zachód i trafił do niewoli brytyjskiej. Jako komendant obozu Stalag Luft 3 w Żaganiu był przez Brytyjczyków poszukiwany.

Nie został jednakże postawiony w stan oskarżenia, gdyż był potrzebny w charakterze świadka w przyszłym procesie. W Wielkiej Brytanii von Lindeiner miał dobrą opinię z powodu uczciwego i poprawnego traktowania jeńców. Uważany był za znakomitego oficera starej szkoły. Oceny, które zostały wypowiedziane przez Brytyjczyków po śmierci von Lindeinera świadczą dobitnie o jego zasadach.

Oto ocena wystawiona przez byłego jeńca, podpułkownika Harrego Day, komendantowi Friedrichowi-Wilhelmowi von Lindeiner w liście z dn. 18.7.1963.: ,,Wiem, że był on przez swoich zwierzchników krytykowany, ale postępował surowo według swojego poczucia obowiązku jako wspaniały człowiek i oficer, którym był. Cierpiał z powodu swojej wspaniałomyślności i wiem, że o mały włos nie przepłacił tego swoim życiem. Miałem często kontakt służbowy z von Lindeinerem i niekiedy dochodziło między nami do ostrej wymiany zdań, ale on zawsze trzymał się swoich nienagannych manier. Był on wielkim arystokratą, wielkim człowiekiem i oficerem w najlepszym tego słowa znaczeniu.”

Oto fragment artykułu w brytyjskiej gazecie ,,Daily Mail” z dn. 13.4.1964 napisanego przez dziennikarza Ronalda Mogga: ,,Niedawno w Londynie zebrali się byli jeńcy wojenni, którzy w milczeniu i z głębokim szacunkiem oddali cześć pamięci dla swojego byłego obozowego nadzorcy, płk Friedricha-Wilhelma von Lindeinera. Dobry Niemiec i dobry człowiek w ocenie każdego. A oto, co powiedział o nim uchodzący za jego wielkiego wroga Harry Day: „Życzylibyśmy sobie, aby on był jednym z nas. Był on tak dobrym człowiekiem. Szkoda, że nie urodził się Anglikiem.”

Po wojnie von Lindeiner osiedlił się we Frankfurcie nad Menem, gdzie przyjechała również jego jedyna córka, Liselotte, z dziećmi. Swój wolny czas wykorzystywał w dużej części na spisanie wspomnień i doświadczeń. W pierwszym rzędzie opracował zachowanie niemieckiej Luftwaffe od końca 1939 r. do początku 1942 r. i swoją wiedzę z okresu sprawowania funkcji komendanta obozu jenieckiego Stalag Luft 3 w Żaganiu. Rękopisy znajdują się częściowo w Archiwum Hohenzollernów na zamku Hohenzollernów w Hechingen i częściowo w Archiwum Związkowym, wydz. wojskowy w Koblencji.

W dn. 25 marca 1959 r. Friedrich Wilhelm von Lindeiner świętował w kręgu rodziny, krewnych i znajomych złote gody. Zmarł w wieku 82 lat we Frankfurcie nad Menem w dniu 22 maja 1963 r.

Marian Ryszard Świątek

 

 

 

Rochusburg – tajemniczy pałac i jego mieszkańcy

Niedaleko od śródmieścia Żagania (ok. 1200 m) na lewym brzegu rzeki Bóbr znajdowała się wieś Rybaki. Pierwszy raz nazwa wsi Rybaki pojawiła się w dokumencie z 1318 r. Jej łaciński odpowiednik brzmiał villa piscatorum (wieś rybaków), a w dokumencie z 1406 roku została nazwana Vyschirdorff. Miasto Żagań było wówczas właścicielem 7 miejscowości, które były wioskami kameralnymi. W Rybakach nie było folwarku ani też posiadłości rycerskiej. W życiu mieszkańców tej miejscowości dużą rolę odgrywał leżący nieopodal na malowniczym wzgórzu kościół ,,na górce”, zbudowany w 1404 r. z drewna, następnie w 1444 r. z kamienia. Kościół został w 1691 r. i 1750 r. wyremontowany, powiększony i służył zaspokajaniu religijnych potrzeb ludności.

Rybaki były niewielką wioską, której powierzchnia niezbyt urodzajnych pól wynosiła równo 234 ha. Z zachowanych statystyk z 1751 r. i 1814 r. wynika, że w Rybakach znajdowały się cztery gospodarstwa chłopskie. Wg mapy Reglera z 1770 r. można dawną wieś zlokalizować wg przebiegu jej ulicy Wiejskiej, jako odcinek obecnej ul. Adama Asnyka pomiędzy ul. Stefana Okrzei a ul. Zamkową. Trzy gospodarstwa znajdowały się po lewej stronie drogi wiodącej do Lutni (obecnie nr 25, 27 i 29), a jedno z gospodarstw było usytuowane po jej prawej stronie (obecnie nr 30). Posiadało ono duży kompleks zabudowań i było prawdopodobnie własnością sołtysa Rybak. Nad rzeką Bóbr na północny – wschód od wsi znajdowała się blacharnia (bielarnia płótna). W statystykach z 1825 i 1840 roku w Rybakach wymieniony jest tzw. wolny sołtys.

Wg statystyk z 1786 r. ludność wsi Rybaki wynosiła – 76 mieszkańców, a w 1819 r. mieszkało w Rybakach 90 mieszkańców w 13 budynkach. W 1843 r. liczba mieszkańców wzrosła do 135 (w 17 domach). Rozwój przemysłu spowodował, że zamieszkały tu osoby, które zajęcie znalazły poza wsią. W 1895 r. w 37 domach mieszkało 468 osób, a w 1905 r. – 499 w 32 domach. Już w 1910 r. miejscowość straciła swój dotychczasowy wiejski charakter, chociaż główna jej ulica nadal nazywała się ulicą Wiejską. Znajdowała się przy niej znana gospoda Schillergarten (po wojnie czerwonoarmiści trzymali w niej przez pewien czas bydło rzeźne, a później zdewastowali ją i spalili). Niedaleko stąd znajdował się niewielki cmentarz wiejski, o którego istnieniu przypominają jedynie rosnące tuje i parę zniszczonych płyt nagrobnych. Na przełomie wieków w Rybakach wytyczono nowe ulice i wybudowano wiele pięknych secesyjnych kamienic zachowanych do dnia dzisiejszego (np. nr 21, 23, 25 przy ul. Śląskiej czy też zbudowany na tej ulicy w 1912 r. piękny budynek nr 49). W 1880 r. na skrzyżowaniu ulic Śląskiej i Adama Buczka wzniesiono szpital wojskowy, który przed II wojną światową i w czasie jej trwania mieścił instytucje wojskowe i paramilitarne. Z dniem 1 kwietnia 1923 r. wieś Rybaki została przyłączona do miasta Żagania.

Do wsi należało także wzniesienie przylegające do niej od strony północno – zachodniej. Wzniesienie to zawdzięcza nazwę zbudowaniu tutaj w 1484 r. kościoła lub kaplicy p.w. św. Rocha (patron chorych, cieśli, zwierząt domowych i orędownik w czasie zarazy). Kult tego świętego był bardzo rozpowszechniony w okolicy i liczni pątnicy przybywali tutaj z daleka. Świątynia została rozebrana w 1542 r., a figurę św. Rocha przeniesiono do wybudowanej w tym celu w kościele ,,na górce” kaplicy. Obecnie możemy ją oglądać w muzeum parafialnym urządzonym na emporze w kościele parafialnym p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Na zboczach wzniesienia uprawiano winną latorośl i było to jedna z wielu winnic, które znajdowały się w Żaganiu. W źródłach z 1798 r. znajdujemy informacje o lokalizacji w tym miejscu winnicy Vogta (Vogt`sche Weinberg). Kupiec o nazwisku Vogt był właścicielem sołectwa wsi Rybaki. W źródłach pojawia się także informacja o znajdującej się na tym wzniesieniu willi Sydow. Prawdopodobnie willa i część majatku w Rybakach należała do Carla Augusta von Sydow, który był rotmistrzem i starszym ziemskim (Landesälteste). W latach 1853-1856 był on właścicielem majątków (dominiów) w Górnym, Średnim i Dolnym Jeleninie. W 1856 r. sprzedał dobra w Jeleninie panu L. Bonte z Magdeburga. Wzniesienie to otrzymało nazwę St. Rochusburg dopiero w 1856 r. Nieistniejący już dziś niewielki pałac został zbudowany w 2. połowie XIX w. Z fotografii sprzed 1912 r. widzimy, że został zbudowany w modnym wówczas stylu angielskiego gotyku i nawiązywał do znanego pałacu Babelsberg w Poczdamie.

W 1862 r. jako pan na zamku św. Rocha, czyli Rochusburgu, wymieniony jest Fabian hrabia zu Dohna (zm. 1871), pełniący w latach 1847 – 1862 funkcję starosty powiatu żagańskiego. Hrabia zu Dohna był również właścicielem wsi Chichy koło Małomic oraz folwarku w Dolnej Starej Koperni.

Podczas wojny francusko – pruskiej w 1870 r. w pałacu urządzono szpital wojskowy. Prawdopodobnie przez pewien czas mieszkała w nim Małgorzata Luiza z domu von Hatzfeldt-Trachenberg (1850 – 1923) – pasierbica księcia Napoleona Ludwika de Talleyrand-Périgord, jedna z córek księżnej żagańskiej Pauliny z jej pierwszego małżeństwa. 27 czerwca 1872 r. poślubiła ona w kościele parafialnym w Żaganiu Antoniego barona von Saurma – Jeltsch, pruskiego dyplomatę i posła w Konstantynopolu. Na początku XX wieku Rochusburg należał do hrabiowskiej rodziny Stillfried-Rattonitz, którzy byli właścicielami pobliskiej wsi, Bukowiny Dolnej. Hrabia von Stillfried-Rattonitz był austriackim oficerem i dyplomatą.

Kolejną właścicielką pałacu została hrabina von Schlieffen, siostra wywodzącego się z Kurlandii szefa sztabu pruskiej armii, feldmarszałka Alfreda von Schlieffena. Wówczas w pałacu był zainstalowany generator, wytwarzający energię elektryczną, służącą do oświetlenia pałacu, co w ówczesnych czasach było wielką rzadkością. Hrabina była osobą bardzo doświadczoną przez los. Jej mąż zginął tragicznie w czasie polowania, a syn poległ w czasie wojny francusko-pruskiej (1870/71). Ołowiany sarkofag ze zwłokami swoich bliskich zabierała do miejsc, w których mieszkała. W Żaganiu sarkofag został umieszczony w parku przypałacowym, w zagajniku obsadzonym różami. Wyjeżdżając z Żagania hrabina zabrała ze sobą również sarkofag.

Wiosną 1912 r. pałac Rochusburg nabył od hrabiny von Schlieffen bardzo bogaty wiedeński kupiec Gustaf Paalen. Zaczyna się nowy etap w dziejach tego obiektu.

Gustaf Robert Paalen nabył pałac i należące do niego grunty przez pośrednika wiosną 1912 r. Z uwagi na prowadzone przez niego interesy wybór Żagania nie był przypadkowy. Miasto Żagań z dobrymi połączeniami kolejowymi pomiędzy Berlinem a Wiedniem pozwalało Paalenowi na częstsze przebywanie z rodziną.

Gustaf Robert Paalen (nazwisko rodowe Pollak) pochodził z niemiecko-żydowskiej rodziny tkaczy jedwabiu. Urodził się w miasteczku Bzenec na Morawach. Prowadzone przez ojca przedsiębiorstwo handlowe szybko się rozwijało i w krótkim czasie w stolicy prowincji Prostějovie powstała duża siedziba firmy. Po pewnym czasie Gustaf Wolfgang Paalen zamieszkał w Baden pod Wiedniem. Ożenił się z aktorką Klotyldą Gunkel i wkrótce na świat przyszedł najstarszy jego syn Wolfgang Paalen (1905 r.)

Ze średniozamożnego kupca Gustaf Robert Paalen stał się zamożnym i liczącym się w środowisku przedsiębiorcą. Robił interesy w wielu dziedzinach. Spekulował na giełdzie, pracował we wpływowej gazecie żydowskiej ?Berliner Tageblatt?, w której w 1908 r. został sekretarzem. Zajmował się importem amerykańskich odkurzaczy i reklam świetlnych. Duże zyski przynosiły mu handel nieruchomościami oraz realizacja dostaw dla wojska. Przed 1914 r. Gustaf Paalen był doradcą ds. gospodarki i koordynatorem handlu krajowego. Oprócz spraw związanych z handlem surowcami i zbożem do jego obowiązków należało powoływanie krajowych i zagranicznych dostawców dla państwa jak również organizacja targów, konferencji i związanych z tym bankietów. Organizował on tez wyjazdy na kuracje dla dworu cesarskiego. Dzięki wielostronności przedsięwzięć, przenikliwej inteligencji i kupieckiej logistyce posiadał Paalen, oprócz znacznego majątku, wysoko wpływową pozycję u cesarza Franciszka Józefa. Na cesarskim dworze pełnił funkcję podskarbiego nadwornego i jednocześnie był organizatorem (mistrzem) ceremonii dworskich. Pozycja ta pozwalała mu na prowadzenie w imieniu cesarza kontaktów handlowych na arenie międzynarodowej, głównie w relacjach niemiecko-austriackich.

Do przebudowy neogotyckiego pałacyku zaangażował Gustaf Paalen wybitnego wiedeńskiego architekta Ludwiga Baumanna, który przebudował pałac w stylu neobaroku (Reichstill). Ludwig Baumann był autorem projektów wielu obiektów w Wiedniu (m. in. ambasady USA – 1902 r., ministerstwa wojny – 1908-1910, przebudowy pałacu Hofburg – od 1910 r.). Już w 1913 r. rodzina Gustawa Paalena wprowadziła się do nowego znacznie powiększonego pałacu. Wnętrza pałacu zostały ozdobione malowidłami ściennymi w stylu pompejańskim. Na wyposażeniu pałacu znalazły się cenne meble, zegary i porcelana. Na ścianach wisiały obrazy wybitnych malarzy. W żagańskim pałacu Rochusburg w zbiorach Paalena znajdowały się obrazy znanych malarzy: Lucasa Cranacha, Tiziana, Tinoretto, Moneta, Bossano. W parku ustawiono siedem włoskich barokowych posągów.

Gustaf Robert Paalen miał czterech synów: Wolfganga (ur.1905 r. w Baden), Hansa Petera (ur.1910 r.), Reinera Gustafa (ur.1912 r.), Michaela Josefa (ur. 1919 w Żaganiu) i córkę, o której niewiele wiadomo. W Żaganiu najstarszy syn Wolfgang[1] rozpoczął naukę w miejscowej szkole. Później (1916 r.) rodzice postanowili do nauki 11-letniego syna zaangażować prywatnego nauczyciela. Został nim były uczeń konserwatorium w Lipsku i absolwent seminarium nauczycielskiego w Żaganiu Georg Lubrich, który z powodu wady wzroku nie został powołany do służby wojskowej. On zaszczepił młodemu Wolfgangowi miłość do muzyki sakralnej (Lubrich grał także na organach w ewangelickim kościele łaski w Żaganiu). Codzienny plan zajęć wyglądał następująco: rano – muzyka, łacina, greka i matematyka, później również filozofia, po południu – rysunek, zajęcia teatralne i wycieczki, wieczorem – czytanie – encyklopedie, dzieła etnologiczne, sztuka, wszelkiego rodzaju książki o tematyce indiańskiej. Czas spędzony w pałacu Rochusburg miał duży wpływ na późniejszą twórczość artystyczną Wolfganga. Postacie z przeszłości miasta: książę Wallenstein, Johannes Kepler, piwnice zamkowe, otaczające miasto lasy, plaga szkodników drzew, która przez jedną noc zniszczyła liście wszystkich drzew w parku, na całe życie utkwiły w pamięci młodego Wolfganga i znalazły swoje odbicie w jego późniejszej artystycznej twórczości. Wolfgang Paalen uważany jest za najwybitniejszego malarza austriackiego XX wieku. W swoich wspomnieniach uważa młodzieńczy okres swojego życia spędzony w Żaganiu za ,,anachroniczny, ale bardzo szczęśliwy”.

Gustaf Robert Paalen w czasie I wojny światowej na dostawach dla armii austriackiej i niemieckiej dorobił się ogromnej fortuny, która pozwoliła mu przeznaczyć duże sumy pieniędzy na cele dobroczynne, szczególnie dla sierot i inwalidów wojennych. W Żaganiu założył w 1917 r. fundację Gustav Robert Paalen Stiftung, na którą przekazał 50 000 marek w złocie (ok. 467 000 euro).

Późniejsze polityczne wydarzenia spowodowały, że życie w Żaganiu stało się trudne i niebezpieczne. Powracający z frontu żołnierze szukający schronienia, rewolucyjne niepokoje, brak opału spowodowały podjęcie decyzji o wyjeździe. Na pewien czas W. Paalen przekazał Czerwonemu Krzyżowi dolne pomieszczenia pałacu na noclegi dla potrzebujących i urządził kuchnię. Znalazł też właściciela dóbr rycerskich w Löbau (Saksonia) Guido Feustela, który w czasie jego nieobecności zgodził się zarządzać majątkiem Rochusburg. Okna w pałacu zabito deskami w obawie przed splądrowaniem. Mimo że w okresie od 1919 do 1924 r. cała rodzina zamieszkała w Rzymie, a Wolfgang po 1924 r. mieszkał w Berlinie i Paryżu, to po czteroletniej nieobecności do czasu przymusowego zawłaszczenia majątku przez nazistów pałac był ważnym miejscem życia rodzinnego, szczególnie podczas ferii zimowych. Najpóźniej w 1935 r. a prawdopodobnie trochę wcześniej, lokalne władze nazistowskie zmusiły Paalena do sprzedaży majątku Rochusburg. Majątek został sprzedany znacznie poniżej swojej wartości holenderskiemu fabrykantowi bawełny N.G. van Heek. Czy była to podstawiona osoba, trudno to dzisiaj stwierdzić? Rochusburg do 1937 r. należał do innych prywatnych właścicieli, a później stał się siedzibą nazistowskich związków zawodowych (Arbeitsfront) i Służby Pracy Rzeszy (R.A.D. – Reichsarbeitsdienst). W okresie wojny w pałacu ulokowano Urząd Budowlany Niemieckich Sił Powietrznych (Luftwaffebauamt). Krótko po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną, dnia 1 marca 1945 r. ulokował się w pałacu sztab i dowództwo 1 Frontu Ukraińskiego na czele z marszałkiem Iwanem Koniewem. Tutaj sztab przygotowywał operację berlińską, którą rozpoczęto 16 kwietnia. Pałac jeszcze przez parę lat służył oficerom radzieckim jako siedziba różnych wojskowych instytucji, aby po jego opuszczeniu przez nich popaść w kompletną ruinę. Po rozebraniu pałacu (parter został zachowany) ulokowano w nim Spółdzielnię Ogrodniczo – Pszczelarską. Później opuszczony obiekt sprzedano prywatnemu właścicielowi. Obecnie zdewastowany obiekt z otaczającym go zaśmieconym parkiem dają świadectwo bezradności naszego państwa wobec niszczenia miejsc związanych z historią dziedzictwa kulturowego.

Marian Ryszard Światek

 

Literatura:

Andreas Neufert, Wolfgang Paalen, Im Inneren des Wals, 1999 Springer Verlag, Wien

Georg Steller, Grund und Gutsherren im Fürstentum Sagan, Sagan 1940 str.119

 

gustaf paalen ok 1925

Gustaf Paalen ok 1925

rochusburg_arbeitsdienstlager 1_105_ 1940

Rochusburg 1940 r.

rochusburg_1910

Rochusburg 1910 r.

rochusburg_ok1955

Rochusburg ok. 1955 r.

[1] Wolfgang Paalen (ur. 22.07.1905 Wiedeń; + 24.09.1959 Taxo, Meksyk), austriacko-meksykański malarz i teoretyk sztuki.

 

 

 

Koniec II Wojny Światowej w Żaganiu

Jeszcze nie tak dawno wydarzenia, które miały miejsce w Żaganiu w 1945 r. nazywano wyzwoleniem i obchodzono je uroczyście. Taka interpretacja historii należy już do przeszłości. Nawet wyzwoleni w obozie jenieckim Stalag VIII C jeńcy radzieccy byli często przez swoich wybawców uważani za zdrajców swojej ojczyzny. Często po przesłuchaniach byli rozstrzelani lub w najlepszym przypadku wysłani do obozów pracy w głąb Związku Radzieckiego. Pozostali w szpitalach obozu Luft 3 chorzy oficerowie alianckich formacji lotniczych zostali po przejęciu obozu internowani przez Armię Czerwoną. Na podstawie wspomnień świadków tych wydarzeń, wojskowych materiałach radzieckich i niemieckich (Lageberichte des OKW) przedstawiam te tragiczne w dziejach naszego miasta wydarzenia.

W drugiej połowie stycznia 1945 r. w Żaganiu czuło się nadciągającą katastrofę. Do miasta napływali z Europy wschodniej rodziny Niemców uciekające przed zbliżającym się frontem. W mieście liczącym przed wybuchem wojny 20. tysięcy mieszkańców przebywało teraz ok. 100 tys. ludzi. Kwaterowano ich m. in. w opustoszałych koszarach wojsk pancernych, w szkołach i w lokalach gastronomicznych. 27. stycznia rozpoczęto ewakuację na zachód jeńców ? oficerów lotnictwa RAF i US AIR FORCE z obozu Stalag Luft 3. Liczne szpitale wojskowe opuściły miasto lub były w trakcie ewakuacji. Pociągi wywoziły w kierunku zachodnim i południowym uciekających przed Armią Czerwoną cywilów. W niedzielę 11 lutego była ostatnia sposobność do ewakuacji z miasta zagrożonego zajęciem przez nadciągające od wschodu i północy wojska radzieckie 1 Frontu Ukraińskiego. Tego dnia późnym popołudniem z żagańskiego dworca kolejowego odjechały ostatnie składy pociągów z uciekinierami a wśród ludności cywilnej rozdano paczki żywnościowe Czerwonego Krzyża przeznaczone dla jeńców Stalagu Luft 3, które były składowane w elewatorze zbożowym znajdującym się nieopodal dworca kolejowego W poniedziałek odjechał ostatni pociąg specjalny, którym z Żagania wjechali kolejarze wraz z rodzinami. Część transportów kolejowych, które wyjechały wówczas z Żagania została w nocy z 13/14 lutego zbombardowana w Dreźnie przez alianckie lotnictwo.

Mimo niewielkiej frekwencji pastor Smiechen odprawił w ewangelickim kościele łaski niedzielne nabożeństwo, a katolicki proboszcz Lompa odprawił mszę w kościele parafialnym. Wieczorem widać było wielką łunę od strony wschodniej. Trwały zażarte walki o lotnisko w Tomaszowie. Przez miasto ciągnęły w nieładzie nieuzbrojone kolumny żołnierzy niemieckich. Uzbrojone oddziały zajmowały kluczowe pozycje w mieście. Wysadzono mosty wszystkie mosty na Bobrze. Most kolejowy na Moczyniu do czasu jego wysadzenia ochraniała obsługa naziemna lotniska z Tomaszowa. W rejonie Szprotawy i Żagania znajdowały się słabe niemieckie siły. Były to: batalion spadochronowy, węgierska piechota, jednostki korpusu pancernego „Großdeutschland” i dywizji grenadierów pancernych „Brandenburg”. Na południu od Żagania znajdowały się grupy bojowe pod dowództwem gen. Runnebauma. Główny ciężar obrony spoczywał, więc na oddziałach Volkssturmu (nieletni chłopcy i starcy). Komendantem obrony miasta (właściwie odcinka frontu na rzece Bóbr wraz z Żaganiem) mianowany został ppłk Mascher, który na swojego zastępcę wyznaczył płk Fritza – Wilhelma von Lindeinera, – byłego komendanta obozu jenieckiego Stalag Luft 3. Płk Fritz – Wilhelm von Lindeiner przebywał od czasu dymisji z funkcji komendanta obozu Stalag Luft 3 po ucieczce 76 alianckich jeńców oficerów lotnictwa w nocy 24/24 marca 1944 r. w zakładzie psychiatrycznym w Görlitz. Nadciągający front spowodował w lutym 1945 r. ewakuacje zakładu na zachód. Wykorzystując zamieszanie, za cichym przyzwoleniem ordynatora, płk v. Lindeiner przyjechał ponownie do Żagania.

11 lutego 6 Korpus zmechanizowany po przegrupowaniu szybkim marszem z rejonu Przemkowa przez Witków, Jelenin, Jabłonów i Brzeźnicę wieczorem osiągnął linię rzeki Bóbr w okolicy Miodnicy i Gorzupi Dolnej. Tego samego dnia wieczorem jednostki 10 korpusu pancernego z 4 armii pancernej zdobyły tamę i nieuszkodzoną elektrownię na Bobrze w Gryżycach. Na obrzeżach miasta doszło do pierwszych starć z wrogiem. Podczas potyczki w pobliżu Starego Żagania zginął komendant ppłk Mascher, a następnego dnia ranny został także jego zastępca. W tej sytuacji dowództwo obrony żagańskiego odcinka przejął dowódca żagańskiego Volkssturmu porucznik Archer, który ogłosił miasto Żagań twierdzą. Radzieckie katiusze ze stanowisk ogniowych w Dzietrzychowicach rozpoczęły ostrzał miasta. Od strony wschodniej i od północy (na prawobrzeżną część miasta) uderzyły na broniących miasto Niemców pododdziały 117 dywizji piechoty (dowódca gen. mjr E. Kobieridze) 13 armii ogólno wojskowej pod dowództwem gen. płk Nikołaja Puchowa. W bezpośrednich walkach w mieście brały udział jej pułki 335 i 338. W walce poległ dowódca 335 pułku piechoty ppłk P. Stepiuk. Walki o miasto trwały od 13 do 15 lutego. Pozostali w mieście mieszkańcy spędzili te dni w piwnicach i schronach.

Kulminacja walk miała miejsce w dniu 15 lutego. W piątek, 16 lutego wojska radzieckie wkroczyły do miasta. Z lewobrzeżnej części miasta – zagrożeni okrążeniem przez oddziały radzieckie, które sforsowały ? 11 lutego rzekę Bóbr na północ od Żagania, a 12 lutego na południe od miasta rzekę Kwisę pomiędzy Świętoszowem, a Trzebowem – Niemcy wycofali się bez walki. Straty niemieckie wyniosły ok. 1400 zabitych. W mieście zostało ok. 2000 mieszkańców, którzy ukryli się w piwnicach i schronach.

Następnego dnia radziecka komendantura wojenna, która ulokowała się w budynku przy ul. Keplera 24 (obecnie siedziba WKU) rozkazała rejestrację wszystkich Niemców, którzy pozostali w mieście. Komendant zapewnił mieszkańców, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo. Pastorowi zezwolił na pochowanie osób zabitych podczas walk o miasto. Kuchnie polowe rozmieszczone w mieści wydawały posiłki także dla Niemców. Mimo zapewnień komendanta, że nic nie grozi pozostałym w mieście mieszkańcom – Rosjanie rozpoczęli dokonywać rabunków i gwałtów na ludności cywilnej. Płonęły podpalane przez wojsko budynki i zabudowania gospodarcze. Uzbrojone bandy żołnierzy odbierały Niemcom pierścionki, zegarki i kosztowności. Dokonywały brutalnych mordów i gwałcili dziewczęta i kobiety. Władze wojskowe nie potrafiły sobie poradzić z szerzącym się samowolą i rozprzężeniem we własnych szeregach mimo stosowania wobec sprawców rabunków surowych kar ? z rozstrzelaniem włącznie. Mieli poważne problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa własnych obiektów (szpitale, magazyny itp.) i w tej sytuacji zapewnienie dostatecznej ochrony cywilnej, niemieckiej ludności Żagania nie było możliwe.

Wkrótce aresztowano wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn. Po przesłuchaniach i selekcji przewieziono ich do obozów zbiorczych, z których wywieziono ich później do obozów pracy w głąb Związku Radzieckiego. Do obozu w Żmigrodzie wraz z innymi wywieziono także żagańskich duchownych: katolickiego księdza Huberta Cwienka i pastora Schmiechen, których później zwolniono. W mieście przez ten czas pozostał tylko katolicki proboszcz Georg Lompa. Codziennie odprawiał nabożeństwa dla wiernych w kościele parafialnym (w kaplicy św. Anny). Otrzymał również zgodę radzieckiego komendanta na udzielanie ostatniej posługi zmarłym i zamordowanym współziomkom obu wyznań. Zmarłych i pomordowanych chowano w przydomowych ogrodach oraz w parku przy oranżerii kwiatowej w parku od strony ul. Szprotawskiej. Początkowo Rosjanie nie zezwalali Niemcom na korzystanie z cmentarzy, które zostały przez nich splądrowane.

Aby ułatwić zarządzanie i wykorzystanie do różnych prac pozostałych w mieście Niemców komendant mianował niemieckiego burmistrza. Został nim Otto Stahn. Siedziba niemieckiego burmistrza mieściła się przy ul. Keplera 20. W fabryce sukna przy ul. Fabrycznej pracowało ok. 400 niemieckich pracowników. Fabryka wytwarzała tkaniny dla potrzeb armii radzieckiej. Jesienią zakład przekazano pod polską administrację. Również w innych przedsiębiorstwach i zakładach rzemieślniczych pracowało wielu niemieckich fachowców.

Pastor Schmiechen po powrocie z obozu w Żmigrodzie uporządkował z wiernymi kościół ewangelicki, a w dniu 18 marca odprawiono w obecności 70 wiernych niedzielne nabożeństwo. Od tego dnia zezwolono też Niemcom grzebać zmarłych na obu żagańskich cmentarzach. Cmentarz na górce służył dla mieszkańców mieszkających po lewej stronie Bobru zaś dla pozostałych ? cmentarz przy ul. Krętej. Niemcy nie mieli prawa przechodzić na drugą stronę rzeki przez tymczasowy drewniany most. Pastor Smiechen otrzymał też zgodę na odprawianie nabożeństw dla wiernych mieszkających pod drugiej stronie rzeki w jednym z domów przy ul. Śląskiej.

W pałacu Rochusburg przy ul. Żarskiej (w czasie wojny mieścił się w nim Luftwaffenbauamt ? urząd budowlany niemieckich sił powietrznych) od 1 marca ulokował się sztab i dowództwo 1 Frontu Ukraińskiego na czele z marszałkiem Iwanem Koniewem. Sztab przygotowywał tu operację berlińską, którą rozpoczęto 16 kwietnia. W miesiącu maju po podpisaniu kapitulacji w pałacu w dalszym ciągu mieściło się dowództwo i sztab 1 Frontu Ukraińskiego. Później przez jakiś czas ulokowane były w nim radzieckie instytucje wojskowe a po opuszczeniu go przez Rosjan popadł w kompletna ruinę.

Rosjanie zorganizowali w Żaganiu obozy jenieckie dla wziętych do niewoli żołnierzy Wehrmachtu i formacji SS: na terenie byłego Stalag VIII C, obozu Luft 3 i jego filii zwanej Belaria (na skraju miasta przy Szosie Kożuchowskiej), na terenie koszar wojsk pancernych przy Szosie Żarskiej (tutaj przebywali ranni jeńcy przeważnie z amputowanymi kończynami). Niemieccy jeńcy pracowali przy demontażu urządzeń przemysłowych, załadunku na wagony zajętych od Niemców dóbr, a także przy urządzaniu cmentarzy dla poległych w Żaganiu i jego okolicach żołnierzy radzieckich. Część niemieckich jeńców wojennych z żagańskich obozów zaraz po ich zwolnieniu z radzieckiej niewoli została przez polskie władze przejęta i skierowana do przymusowej pracy w kopalniach węgla kamiennego Górnego Śląska. Wyselekcjonowaną część (fachowców) wysłano w głąb Związku Radzieckiego, a członków formacji SS prawdopodobnie rozstrzelano. W obozie jenieckim była bardzo duża śmiertelność. Zmarłych jeńców niemieckich grzebano także na dawnym cmentarzu Stalagu VIII C.

W Żaganiu znajdowało się wielu jeńców wojennych różnych narodowości. Część z nich powróciła do miasta po zakończeniu działań wojennych. Grupa byłych francuskich jeńców zorganizowała straż pożarną, pracowała przy uruchamianiu instalacji energetycznych i zakładów przemysłowych. Władze radzieckie zorganizowały obóz przejściowy dla byłych robotników przymusowych wywiezionych ze Związku Radzieckiego na lewobrzeżnej części miasta. Niemieckich żołnierzy poległych w walkach o miasto jak również zmarłych w lazaretach pochowano w dwóch zborowych mogiłach (każda licząca po 800 zwłok) na cmentarzu przy ul. Kożuchowskiej. Na cmentarzu komunalnym jesienią 1945 r. Niemcy pochowali w dwóch zbiorowych mogiłach zwłoki 143 mieszkańców, którzy zmarli w Żaganiu w okresie sierpień ? październik 1945 roku. Zwłoki złożono w płóciennych workach do mogił, które wykopano z lewej strony od głównego wejścia na cmentarz (od ul. Krętej) naprzeciw kwatery żołnierskiej z I wojny światowej.

Żołnierze Armii Czerwonej polegli w walkach o miasto i w jego okolicach, a także zmarli w licznych szpitalach zostali pochowani w Żaganiu na trzech cmentarzach. Dwa zlokalizowano przy ul. Kożuchowskiej: pierwszy – po prawej stronie, za cmentarzem, komu­nalnym, a drugi z lewej strony, naprzeciw cmentarza komunalnego. Trzeci cmentarz zorganizowano przy cmentarzu zmarłych w okresie I wojny światowej w żagańskim obozie jeńców z armii rosyjskiej (przy obecnej ul. Lotników Alianckich). Z dostępnych źródeł wynika, że na tych cmentarzach spoczywają prochy 8 645 żołnierzy, podoficerów i oficerów Armii Czerwonej. Na cmentarzach w Żaganiu spoczywają radzieccy żołnierze ekshumowani z licznych cmentarzy wojennych z południowej części naszego województwa.

Dla Niemców zwolnionych z obozów jenieckich, którzy wracali do swojego rodzinnego miasta nieomal z całej Europy jak również dla pozostałych mężczyzn i chłopców, których nie wywieziono do Związku Radzieckiego, a zdolnych do pracy radzieckie władze okupacyjne utworzyły w Żaganiu tzw. cywilny obóz pracy. Ulokowano go w budynkach przy obecnej ul. Asnyka 17, 19, 21 i 23 otaczając go wysokim drewnianym płotem.. Zarządzał nim radziecki komendant miasta, a gdy wojska radzieckie wycofały się z miasta (od czerwca 1948 r.), przekazał on obóz i administrowane do tego czasu obiekty militarne polskiemu majorowi przybyłemu z Wrocławia. Jeńcy byli wykorzystywani do wszelkich prac na rzecz radzieckiego okupanta, a po przejęciu ich przez polskie władze wojskowe pracowali przy pracach remontowych w koszarach przy szosie Żarskiej. Obóz ten istniał jeszcze w latach 50-tych.

Cywilną władzę w mieście przekazano pierwszemu polskiemu burmistrzowi Żagania Franciszkowi Walterowi dopiero 18 czerwca. Siedzibę burmistrza i Zarządu Miasta ulokowano przy ul. Keplera 45/46, później zaś przeniesiono ją do budynku przy pl. Klasztornym nr 8. Komenda miejska milicji ulokowała się w budynku przy ul. Jana Pawła II 1, zaś komenda powiatowa milicji zajęła opuszczony później przez radzieckiego komendanta miasta budynek przy ul. Keplera 24. Na dzień 24 czerwca polskie władze ustaliły termin wysiedlenie z miasta jego niemieckich mieszkańców. Funkcjonariusze milicji chodzili po mieszkaniach i nakazywali Niemcom opuszczenie miasta. Zbiórkę wyznaczono w rynku na godzinę 8 00. Północna pierzeja Rynku pełna była ludzi. Na interwencję radzieckiego komendanta miasta pozwolono pozostać w mieście wszystkim zatrudnionym w fabrykach, na kolei, w wodociągach i w energetyce. Ponadto pozwolono pozostać personelowi szpitali i domu starców, a także 2 katolickim duchownym (ks. Cwienk i ks. Slusallek). Tych niemieckich mieszkańców, którzy pozostali w Żaganiu i okolicy wysiedlono dopiero w lipcu 1946 r.

Marian Ryszard Świątek

 

 

 

Powiat żagański w lutym 1945 roku

Do zakończenia II wojny światowej obszar obecnego powiatu żagańskiego pokrywał się prawie z ówczesnym powiatem szprotawskim. W jego granicach znajdowały się wówczas także Świętoszów i Przemków. Utworzony 1.10.1932 r. powiat szprotawski miał swoją siedzibę w Żaganiu.

W wyniku tzw. operacji dolnośląskiej, która rozpoczęła się 8 lutego 1945 natarciem głównego zgrupowania uderzeniowego I Frontu Ukraińskiego z przyczółka pod Ścinawą został zdobyty cały powiat, a linia frontu zatrzymała się na linii Nysy Łużyckiej. W skład tego zgrupowania wchodziły 3 armia gwardii, 13 armia i 52 armia wzmocnione na początku operacji oddziałami czołgów: 25 samodzielnym korpusem pancernym oraz 3 i 4 armią pancerną gwardii.

Już 9 lutego wojska radzieckie osiągnęły południowo -zachodnią część ówczesnego powiatu szprotawskiego, a 11 lutego 6 korpus zmechanizowany po przegrupowaniu szybkim marszem z rejonu Przemkowa przez Witków, Jelenin, Jabłonów i Brzeźnicę wieczorem osiągnął linię rzeki Bóbr w okolicy Miodnicy i Gorzupi Dolnej. Również tego samego dnia wieczorem jednostki 10 korpusu pancernego z 4 armii pancernej zdobyły tamę i nieuszkodzoną elektrownię na Bobrze (w Gryżycach).

Już 10 lutego znalazła się Szprotawa pod radzieckim obstrzałem. W jego wyniku trafiono obiekty na terenie koszar, kilka kamienic na Rynku oraz strącono krzyż z wieży kościoła ewangelickiego. W dniu 12 lutego wysadzono most na Bobrze, a z miasta wycofały się: oddział saperów wysadzający obiekty strategiczne oraz oddziały Volkssturmu. Wieczorem 12 lutego o godz. 17 00 wojska radzieckie weszły do Szprotawy. Już godzinie 19 00 w mieście rozpoczęły płonąć pierwsze podpalone przez żołnierzy radzieckich domy. W mieście pozostało 300 mieszkańców, których dotknęły rabunki, mordy i gwałty. Tego samego dnia cały północno-wschodni obszar powiatu znalazł się w rękach armii radzieckiej. Zaciekły opór stawiły wojska niemieckie w dniach 10 i 11 lutego radzieckiemu 24 korpusowi 13 armii jedynie w okolicach Leszna Górnego i Dolnego oraz Pstrąża (pow. Bolesławiec). Przewaga sił rosyjskich szybko złamała opór wojsk niemieckich i 12 lutego ich pododdziały osiągnęły linię rzeki Kwisy pomiędzy Świętoszowem a Trzebowem. Tutaj doszło do bardzo ciężkich walk, które trwały do 15 lutego. Starła się tutaj 4 pancerna armia niemiecka pod dowództwem gen Gräsera z 4 radziecką armią pancerną dowodzoną przez gen. płk D. Leluszko. W dniach 12 i 13 lutego pododdziały wojsk radzieckich przekroczyły rzekę Bóbr na północ od Żagania i odcięły miasto od strony zachodniej.

Walki o lotnisko w Tomaszowie rozpoczęły się w nocy z 10/11 lutego, płonęły i wybuchały zapasy paliwa oraz magazyny z amunicją. Lotniska broniły oddziały Volkssturmu, obsługi lotniska i batalion spadochroniarzy I/57, który był przygotowany do przerzucenia transportem powietrznym do Poznania w celu wzmocnienia sił tamtejszej załogi. Z powodu złej pogody spadochroniarze zostali na lotnisku i zostali wykorzystani do walki z nadciągającym w okolicę lotniska wrogiem.

Bitwa o zdobycie Żagania rozpoczęła się już 11. 02.1945. W pierwszej potyczce w okolicy Starego Żagania zginął komendant obrony miasta ppłk Mascher. Uzbrojone oddziały Wehrmachtu i Volkssturmu zajęły kluczowe pozycje obronne w mieście. Od 13 do 16 lutego trwały walki o miasto. Od strony wschodniej (prawobrzeżną część miasta) uderzyły na Żagań pododdziały 117 dywizji piechoty. W walkach w mieście brały udział jej pułki 335 i 338. Niemcy wysadzili wcześniej wszystkie mosty na Bobrze. Kulminacja walk w mieście miała miejsce w dniu 15 lutego. W piątek 16 lutego żołnierze radzieccy wkroczyli do miasta. W mieście pozostało ok. 2000 mieszkańców, którzy ukryli się w piwnicach i schronach. Część wojska rozpoczęła rabunki i gwałty na cywilnej ludności Żagania. Podobnie jak w Szprotawie również tutaj wojska radzieckie wznieciły liczne pożary. W dniu 19 lutego 13 armia przeprawiła się całością swoich sił na lewy brzeg Bobru, nie natrafiając na większy opór, gdyż w rejonie Żar znajdowały się już wcześniej przerzucone jednostki drugorzutowe i artyleryjskie 13 armii walczące z Niemcami, którym desperackim atakiem udało się na krótko w okrążyć najdalej wysunięte na zachód radzieckie jednostki pancerne i okrążyć 61 brygadę pancerną z 10 korpusu pancernego. Kontruderzenie wykonały jednostki hitlerowskiej 4 armii pancernej (2 pułki piechoty wsparte 35 czołgami i działami korpusu ,,Grossdeutschland”) od południa (z rejonu Kunic i Mirostowic) – a od północy (od Nowogrodu Bobrzańskiego) uderzyły brygada policyjna SS ?,,Wirth” wsparta grupą ok.. 20 czołgów z 25 dywizji pancernej. W końcowej fazie tej desperackiej operacji brała udział także niemiecka dywizja grenadierów pancernych ,,Brandenburg”. W tej sytuacji część sił 4 armii pancernej (6 korpus pancerny), która przeprawiła się już 14 lutego przez Nysę Łużycką w rejonie Bademeusel (na południe od Forstu) zostały zmuszone się z stamtąd wycofać. Wkrótce wzmocnione siły armii radzieckiej odblokowały okrążone Żary i odrzuciły Niemców za Nysę Łużycką. Również 14 lutego wojska radzieckie zajęły Małomice.

O pozostały – położony na zachód od rzeki Kwisy obszar powiatu toczyły się bardzo zacięte walki. Walki toczyły się w okolicach Czyżówka, Wymiarek oraz Witoszyna Górnego i Dolnego. Ta część powiatu została zdobyta dopiero pomiędzy 17 a 24 lutego. W tym dniu zakończyła się operacja dolnośląska, której efekcie 13 armia i 3 armia gwardyjska oczyściły całkowicie od wojsk niemieckich prawy brzeg Nysy Łużyckiej (od Przewozu do jej ujścia do Odry).

Część cywilnej ludności powiatu była ewakuowana ze swoich miejscowości przed wkroczeniem Armii Czerwonej jednak znaczna jej część pozostała. Szybki marsz pancernych oddziałów zupełnie zaskoczył mieszkańców powiatu szprotawskiego. Mieszkańcy miejscowości leżących na trasie linii kolejowych ewakuowała się wcześniej specjalnie podstawionymi w tym celu przez władze hitlerowskie pociągami. Ostatni pociąg z uciekinierami odjechał z dworca w Żaganiu w dniu 11 lutego. Część uciekającej przed Armią Czerwoną ludności formowała długie kolumny wozów konnych, traktorów lub szła pieszo ciągnąc za sobą dobytek w ręcznych wózkach. Niektórzy mieszkańcy powiatu ewakuowali się wraz z wycofującym się wojskiem. Z powodu zimna i głodu wiele osób zamarzło w drodze. Nie wszyscy jednak opuścili swoje domy. W niektórych miejscowościach powiatu pozostali prawie wszyscy jego mieszkańcy lub znaczna ich część. Do tych pierwszych należały: Borowina, Bukowica, Długie, Dzietrzychowice, Jelenin, Karpie, Studzianka, Nieradza, Dzietrzychowice, Jabłonów, Jelenin, Jędrzychówek, Długie, Karpie, Miodnica, Siecieborzyce, Szprotawka, Witków, Wrzesiny i Wysoka. Do tej drugiej grupy należały miejscowości: Pożarów (52), Bukowina Bobrzańska (ok. 400), Stara Kopernia (250), Leszno Dolne (60), Moczyń (kilkaset), Niegosławice (połowa), Nowa Jabłonna (64), Nowa Kopernia (50), Wiechlice (142) i Witoszyn Dolny ( ok. 55).

Rozpoczął się nowy trudny okres dla tych ziem, które na mocy traktatów zwycięskich mocarstw miały wkrótce znaleźć się ponownie w granicach Polski.

Marian Ryszard Świątek

 

Literatura:

 

Becker R.O., Niederschlesien 1945, München 1974

Dominiczak H., Wróciliśmy na Ziemię Lubuską, Warszawa 1974

Kaps J., Die Tragödie Schlesiens 1945/46 in Dokumenten, München 1952/53

Liebig K., Erinnerungen an Sagan, Köln 1953

Drygalski S. Ziemia żagańska na szlaku bojowym LWP, w: Wędrujemy 3-4, ZielonaGóra 1985

Drygalski S., Wyzwolenie Żagania i Ziemi Żagańskiej, w: Przegląd Żagański 1/I/83, Żagań 1983

Szczegóła H., Żołnierze radzieccy polegli nad Środkową Odrą, Zielona Góra 1982

 

 

 

Burmistrz i Rada Miasta w średniowiecznym Żaganiu

ratuszwieapoud1863Lokowany w przed 1241 r. na prawie niemieckim Żagań, należał do miast śląskich, które z racji korzystnego położenia na ważnym szlaku handlowym już w XIII i XIV wieku był bogatym i dobrze rozwijającym się miastem. Czynnikiem niewątpliwie wpływającym na ten fakt było ulokowanie w Żaganiu rezydencji książęcej. Z uwagi na to, że najstarsze dokumenty dotyczące ustroju miejskiego nie zachowały się musimy się, więc oprzeć się tylko na zachowanych dokumentach. W dokumentach od 1280 r. w Żaganiu występuje wójt (Vogt). Później występuje on jako sołtys (Scholze lub scultetus) lub sędzia (Erbrichter, Richter lub judex hereditarius), a szczególnie często jako świadek w dokumentach wystawianych przez kancelarię książęcą lub na aktach kupna-sprzedaży. Od początku XIV wieku towarzyszyło mu 7 ławników (Schöffe). Burmistrza, magister civium spotykamy po raz pierwszy w dokumencie z 21 czerwca 1303 r. Był nim wówczas Hertelinus von Hirschfelde. Niektórzy historycy uważają tę datę jako początek samorządu miejskiego w Żaganiu. Radnych (konsuln) w radzie miejskiej Żagania było zazwyczaj ośmiu. Zdarzało się jednak, że było ich od 4 do 8, a w 1513 r. było ich aż 12. Po 1321 r. urząd wójta został prawdopodobnie wykupiony przez księcia lub miasto, gdyż po tej dacie już nie spotykamy go w dokumentach. Zlikwidowano, więc ostatnią przeszkodę do uzyskania pełnej samodzielności miasta. Radni do rady miejskiej byli wybierani przez mieszczan. W praktyce jednak był tak, że stara rada kończąca swoją jednoroczną kadencję wybierała nową radę na następny rok. Na rajców wybierano tylko osoby pochodzenia szlacheckiego oraz bogatych kupców tak, że zarządzanie miastem podlegało tylko grupie najbogatszych mieszczan. Rzemieślnicy również nie mieli dostępu do rady. Z tego powodu często dochodziło w wielu miastach Śląska do konfliktów czy też krwawych rozruchów. Początkowo książęta nie troszczyli się zbytnio wyborem burmistrza czy radnych, ale już w 1477 r. pisarz zamkowy informuje księcia o nowych wyborach do rady miasta Żagania. Odtąd lenni władcy Żagania (książęta sascy) polecali radnym wybór burmistrza, sędziego i radnych, a nowa rada szukała potwierdzenia wyborów przez księcia. Zatwierdzanie wyboru nowej rady uroczyście ogłaszano w budynku ratusza zawsze 1 maja o godzinie 1100. Już 1 kwietnia informowano pisemnie pana lennego o wyborach i składzie odchodzącej rady. Proszono go także o podanie, co w tym dniu (1 maja) chciałby poprzez radę mieszczanom Żagania obwieścić.

1 maja o godzinie 1100 dzwony kościelne zwoływały radnych, ławników i mieszczan do ratusza. Na początku posiedzenia ustępujący burmistrz podziękował radnym i ławnikom. Następnie pisarz miejski ukonstytuował nową radę, a do zebranych na dziedzińcu ratusza mieszczan przemawiał odchodzący burmistrz dziękując im za okazane mu w ostatnim roku posłuszeństwo. Następnie odczytywano protokół zatwierdzający nową radę, której mieszczanie składali życzenia powodzenia i rozchodzili się do domów. Nowi radni składali przysięgę na statuty, które później zostały odczytane we wszystkich częściach miasta.

Również ławników wymieniono, a w następnych dniach rada miasta wymieniła także przysięgłych, ponieważ książę nie życzył sobie, aby urzędy były przez wiele lat piastowane przez te same osoby.

Wyznaczano: skarbnika, dwóch inspektorów odpowiedzialnych za szkoły, osobę zarządzającego piwnicami rady, zarządców lub administratorów:

 

– młyna nad rzeką Czerną (zostawał nim zazwyczaj ustępujący burmistrz),

– odpowiedzialnego za kanalizację (kloaki),

– miejskiej stajni (urząd ten powierzano zazwyczaj młodemu szlachcicowi),

– przytułków dla nieuleczalnie chorych,

– lasów miejskich,

– studni (źródeł),

– mostów

oraz osoby odpowiedzialne za:

– zaopatrzenie miasta w sól,

– za przyprawy

– za kasę kościelną,

– za sprawy budownictwa.

 

Dwa razy w tygodniu rada odbywała posiedzenia, w środę i piątek. Latem rozpoczynano pracę o godz. 6oo, a zimą o godz. 7oo. Posiedzenia kończono o godz. 10oo, a sprawy, których nie zdołano załatwić do tego czasu przesuwano do załatwienia na następne posiedzenie. W soboty, niedziele i w święta oraz w Wielkim Tygodniu nigdy nie odbywano posiedzeń rady, chyba, że wymagała tego najwyższa konieczność. Jeżeli obrady odbywały się poza ustalonymi dniami powiadamiano o tym radnych w przeddzień posiedzenia. Burmistrz i radni ślubowali przecież, że uczynią wszystko dla dobra swojego miasta.

Marian Ryszard Świątek
1863rynekwratuszodpoud

 

Marian Ryszard Świątek publikuje też swoje artykuły w Zeszytach Żagańskich.

To periodyk, który wychodzi dość nieregularnie.

W internetowym serwisie Żary-Żagań Regionalna

pod datą 4 sierpnia 2013 roku napisano:

Reaktywacja Zeszytów

autor: Marta Bielejewska

We wrześniu do sprzedaży znów trafią Zeszyty Żagańskie – wznowienie przerwanej w 2005 roku serii. Do dziś ukazało się 6 numerów. Nowym wydawcą będzie Muzeum Obozów Jenieckich. Wcześniejsze numery były finansowane przez osoby prywatne. W siódmym numerze, który ukaże się w 1000 egzemplarzy, znajdzie się 12 artykułów o tematyce historyczno-społecznej. – Tak jak poprzednie zeszyty i ten będzie miał 96 stron – zapewnia Wiesław Chłopek, redaktor naczelny reaktywowanych Zeszytów. Siódmy numer zostanie wydany w nakładzie 1000 egzemplarzy. Zeszyty będzie można kupić w lokalnych księgarniach oraz w muzeum. Autorami tekstów są miejscowi historycy, regionaliści i pasjonaci, którzy za swoje prace nie otrzymują honorarium – całkowity dochód ze sprzedaży zasili budżet muzeum. Redakcja zaprasza wszystkich chętnych do współpracy. Propozycje tematów można wysyłać na adres: muzeum@um.zagan.pl

A internetowa EXTRA Gazeta Obywatelska podała 27 stycznia 2014 roku:

Nowe Zeszyty Żagańskie

Nowe Zeszyty ZaganskieMiłośnicy i pasjonaci historii reaktywowali Zeszyty Żagańskie. Dzięki temu wydawnictwu dzieła się swoją wiedzą historyczna i współczesną o mieście i okolicach.

We wrześniu i grudniu 2013 r., po długiej przerwie, trafiły do rąk Czytelników nowe numery Zeszytów Żagańskich, które są kontynuacją numerów wydawanych w latach 2002-2005. Wydawcą Zeszytów było wówczas Towarzystwo Żagańskie, którego członkowie byli nie tylko inicjatorami, ale także auto-rami większości artykułów o zróżnicowanej tematyce. Dominowały przede wszystkim artykuły z za-kresu historii regionalnej, a także problematyki kulturalnej, społecznej, wspomnieniowej, itp. W sumie napisanych zostało blisko 90 artykułów przez 39 autorów.
Zeszyty Żagańskie trafiały nie tylko do rąk mieszkańców Żagania, ale również do turystów odwiedza-jących miasto, do uczestników uroczystości państwowych i wojskowych, w tym także do weteranów walk z okresu II wojny światowej, żołnierzy 1 Polskiej Dywizji Pancernej oraz 1 Drezdeńskiego Kor-pusu Pancernego Wojska Polskiego. Wiele egzemplarzy zostało dostarczonych, czy też wysłanych za granicę, np. do Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii, Holandii, Niemiec, czy nawet Stanów Zjednoczo-nych i Kanady. Nie ukrywam, że jako zespół redakcyjny byliśmy z tego faktu bardzo dumni, co jed-nocześnie mobilizowało nas do dalszej pracy. Chcę podkreślić, że dotychczasowe Zeszyty były przy-gotowywane społecznie przez członków Towarzystwa Żagańskiego i wspierające ich osoby, którymi najczęściej byli nauczyciele szkół żagańskich. Nikt z osób przygotowujących artykuły nie otrzymywał z tego tytułu żadnych profitów, poza jednym, darmowym egzemplarzu autorskim. Numery, od pierw-szego do szóstego, były finansowane przez państwa Wiesławę i Jana Martyniaków. Bez ich pomocy i wsparcia wiele ciekawych informacji z dawnego i współczesnego życia miasta i najbliższych okolic nie mogłoby ujrzeć światła dziennego.

OKLADKA_Zeszyty_Zaganskie_nr_8Wróćmy jednak do okoliczności wydania siódmego i ósmego numeru Zeszytów Żagańskich w 2013 roku. Nowym wydawcą jest obecnie Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu we współpracy z Towa-rzystwem Żagańskim.
Reaktywacja Zeszytów Żagańskich była możliwa dzięki zaangażowaniu zespołu redakcyjnego po-przednich edycji, a w szczególności Mariana R. Świątka, Wiesława Chłopka, Roberta Zarzyckie-go, Zbigniewa K. Popiela, Wandy Winczaruk oraz Jacka Jakubiaka, którzy jako członkowie To-warzystwa Żagańskiego należą również do społecznej Rady Muzeum Obozów Jenieckich. Inicjatywę wydawania Zeszytów Żagańskich wsparła Rada Miasta VI kadencji, przeznaczając na ten cel środki z budżetu miasta. Radni docenili, bowiem rangę publikowanych wcześniej artykułów oraz dostrzegli zainteresowanie mieszkańców historią swojej Małej Ojczyzny.
W siódmym numerze Zeszytów Żagańskich znajduje się 12 artykułów o zróżnicowanej tematyce hi-storyczno-społecznej, w tym o mało znanych epizodach z historii żagańskich obozów jenieckich z okresu Ii wojny światowej. Natomiast kolejny, ósmy numer (14 artykułów) w dużej części poświęco-ny jest samorządowi Miasta Żagań, a w szczególności jego 710 rocznicy istnienia.
Zeszyty mają 96 stron i wydane zostały w nakładzie 1 000 egzemplarzy. Jak wspomniano wcześniej autorami tekstów są lokalni historycy, regionaliści i pasjonaci, którzy za swoje prace, tak jak to było wcześniej, nie otrzymują honorariów. Zeszyty Żagańskie Nr 7 i Nr 8 zostały złożone i wydrukowane przez Oficynę Wydawniczą „DEKORGRAF” z Żagania, która zadbała o wysoką jakość edytorską.
Dochód ze sprzedaży Zeszytów zasila budżet Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu.
Redakcja Zeszytów Żagańskich zaprasza wszystkich chętnych do współpracy.

ZESZYTY ŻAGAŃSKIE Nr 8

Marian R. Świątek, Historia żagańskich przedmieść: Rybaki, Lutnia.
Marian R. Świątek, Historia kolei w Żaganiu

 

ZESZYTY ŻAGAŃSKIE Nr 10

Marian R. Świątek, Historia żagańskich przedmieść. Grążyce
Marian R. Świątek, Katastrofy lotnicze w Żaganiu w okresie międzywojennym

 

 

 

Żagańskie legendy

Zebrał, opracował i przetłumaczył z języka niemieckiego na język polski

Marian Ryszard Świątek

Diabelski rzeźbiarz z Żagania

Znad okien zamku we wszystkie strony patrzą kamienne twarze. Wszystkie wyrażają rozmaite nastroje i uczucia – gniewają się, śmieją, kpią i grożą, wszystkie wywołują w patrzących przerażające odczucia. Ogółem tych twarzy jest 197. Lud je nazywa ,,diabelskimi maszkarami” i o ich powstaniu krążą rozmaite opowieści. Oto jedna z nich:

Zamek książęcy był prawie gotowy, brakowało jeszcze tylko ozdób zewnętrznych. Nadzwyczaj wybitny mistrz murarski przyrzekł Wallensteinowi, że wykona coś nadzwyczajnego.

Mistrz łamał sobie głowę, jak oryginalnie ożywić zamkowe mury. Myślał o bohaterach i aniołach, ale nic nie wychodziło. W końcu odezwał się ,,A choćbym duszę diabłu zapisał, zrobiłbym to, gdyby mi on podsunął dobrą myśl”. Nagle poczuł, że ktoś go trąca w ramię. Obejrzał się i zobaczył przed sobą wędrownego artystę. ,,Ja ci pomogę” – odezwał się nieznajomy. Mistrz, lustrując przybysza od stóp do głowy, z niedowierzaniem spytał: ,,Ty możesz mi pomóc – A kim ty jesteś?” ,,Jestem tym, który uczynił wielkim budowniczego tego zamku” – odpowiedział nieznajomy. Następnie zbliżył się do mistrza, a ten z przerażeniem spostrzegł, że u prawej nogi nieznajomego zamiast stopy jest kopyto końskie. Przebiegł go zimny dreszcz – oto sam diabeł stał przed nim.

– ,,Zawołałeś mnie i jestem tu po to, aby ci pomóc” – zaczął. ,,Że to potrafię, w to już nie wątpisz. Podam ci myśl, która ucieszy twego księcia pana”.- ,,A co żądasz za swoją przysługę?” ,,Sam już wymieniłeś cenę, dla mnie jest tylko jedna zapłata – dusza, którą mi dasz w zastaw”. ,,Twój książę pan mnie szanuje, będzie się cieszył, gdy wszędzie na zamku zobaczy mój wizerunek. Masz tworzyć diabła i jego nastroje, które zdradza moja twarz, a twarze diabła niech będą ozdobą tego zamku”.

Mistrz chciwie podchwycił tę myśl. Zaraz wyrzeźbił szyderczo triumfującą twarz diabła. Diabeł ciągle wracał i okazywał mu inną twarz. Tak powstały maszkary, jedna za drugą, wszystkie się od siebie różniące. Pomocnicy mistrza dziwili się jego niewyczerpanej fantazji. Nie wiedzieli, co się stało.

Mistrz wykonał już 99 twarzy i głowił się nad setną. Ta maska miała zdobić główne wejście do zamku i być najbardziej atrakcyjną ze wszystkich wykonanych dotychczas masek.

O jej wygląd mistrz długo kłócił się z diabłem. W końcu skończyła się cierpliwość mistrza i krzyknął na diabła ,,Pokaż mi swoją całkowitą brzydotę, choćby oznaczało to dla mnie wyrok śmierci!” Nagle niebo zachmurzyło się, zaległa ciemność. Potężny piorun przeszył chmury, a po nim rozległ się przerażający grzmot. Mistrz pobladł i mocno się wystraszył. Między chmurami zobaczył czerwony błysk, a w nim – nieopisanie odrażające rysy twarzy, tak straszne, że mimo woli zrobił krok w tył, stracił równowagę i runął z rusztowania. Upadając obrócił się dwa razy i spadł z taką siłą na ziemię, że złamał sobie kark. Zobaczył prawdziwe oblicze diabła. Diabeł wygrał, a inny mistrz musiał dokończyć dzieło rozpoczęte przez diabelskiego rzeźbiarza. Kto dziś ogląda te maszkary na elewacji żagańskiego pałacu, jest gotów uwierzyć, że przy ich tworzeniu działały złe moce.

 

Biała owieczka Żagania

Nad oknem wystawowym zegarmistrza Rolmanna przy Rynku Maślanym nr 24 (północna pierzeja żagańskiego rynku, kamienica została zniszczona w czasie walk o miasto w 1945 r.) znajdowała się niewielka płaskorzeźba z wyobrażeniem białej owieczki. Owieczka ma zamknięte oczy i opiera się o ścianę, jakby nie miała już siły dalej iść. Gdy przyjrzymy się jej uważniej, dostrzeżemy umieszczony tam napis Georgius Scheffer 1586. Wzmianka o historii związanej z tą płaskorzeźbą znajdowała się w starej księdze przechowywanej w żagańskim zamku, która niestety nie zachowała się do dzisiejszych czasów.

Przed ośmiu wiekami żagański gród ulokowany był nad rzeką Bóbr, koło wsi Stary Żagań, a w zakolu rzeki gdzie obecnie znajduje się żagańska starówka, rozciągały się łąki i pastwiska. W miejscu, gdzie dziś znajduje się rynek i stoi wieża ratuszowa, stary pasterz wypasał swoje owieczki. Do pomocy miał dzielnego psa, trzoda była spokojna, toteż pracowity pasterz miał dosyć czasu, aby przez wiele godzin podczas dnia prząść wełnę i tkać pończochy. Znał dobrze wszystkie swoje owieczki i do niektórych z nich zwracał się po imieniu. Między nimi była jedna bardzo biała, która wyglądała jak świeżo spadły śnieg. Stary pasterz wyjątkowo ją polubił. Każdego ranka, gdy wypuszczał na pastwisko swoje owieczki, szczególną uwagę zwracał na nią. Na szyi zawiesił jej fioletową wstążeczkę. Owieczka była tak oswojona, że przychodziła sama do szałasu, żeby jeść chleb z ręki pasterza. Pewnego razu owieczka zachorowała, a on starał się dniem i nocą jej pomóc. Zrobił dla niej ciepłe legowisko w swoim szałasie i nakrył ją swoim płaszczem, podawał jej swoje jadło, nacierał ją i poił wywarem z ziół, jak nauczył go ojciec. Ale starania te na wiele się nie zdały, owieczka słabła coraz bardziej. Pewnego ranka znaleziono w szałasie martwego pasterza a w jego ramionach znaleziono martwą owieczkę. Zmarł z rozpaczy po śmierci ukochanej owieczki.

Ok. 1200 r. gród żagański został przeniesiony w zakole rzeki Bóbr, gdzie wcześniej wypasano owce i bydło. W miejscu szałasu pasterskiego zbudowano dom, na którym umieszczono rzeźbę owieczki. Stary drewniany dom później zastąpiono murowanym a rzeźbę owieczki umieszczono także na jego frontonie, aby upamiętniała zdarzenie, które miało miejsce w bardzo odległych czasach.

Po wojnie, w latach 60. XX wieku zburzono fasadę kamienicy nr 24 i wzniesiono blok mieszkalny a płaskorzeźbę białej owieczki wmontowano w fasadę barokowej kamieniczki w południowej pierzei rynku (Rynek nr 9 – Restauracja Tropik.) Jest to jeden z nielicznych przypadków w powojennych dziejach naszego miasta, kiedy uratowano przed zniszczeniem ciekawy detal architektoniczny żagańskiej starówki.

 

Legenda o ,,diabelskim kamieniu”

W pobliżu wsi Dzietrzychowice, niedaleko drogi prowadzącej z Marysina do Starej Koperni wystaje z ziemi potężny głaz narzutowy. Nazwano go ,,Diabelskim Kamieniem”. Mniej więcej 60 lat temu leżał prawie 100 metrów od niego podobny głaz, który nazywano ,,Boskim Kamieniem”. Obydwa zostały przyniesione w epoce lodowcowej przez lodowiec ze Skandynawii.

,,Boży Kamień” został niestety rozsadzony i użyty do budowy drogi z Żagania do Żar. Z kamieniami tymi związana jest następująca legenda.

Gdy pewnego razu Bóg Ojciec stał na Jasnym Wzgórzu (Hellberge) koło Kożuchowa, zbliżył się doń diabeł i zaproponował zakład, który udowodni, kto jest z nich silniejszy. Po wykonaniu rzutów potężnymi głazami okazało się, że kamień rzucony przez diabła spadł znacznie bliżej niż kamień rzucony przez Pana Boga.

Diabeł zawody przegrał i był z tego powodu tak wściekły, że swoim końskim kopytem mocno kopnął kamień, przez co potoczył go nieco dalej. Duży ślad końskiego kopyta można jeszcze dziś rozpoznać.

Z przedstawioną legendą związany jest także wygląd wieży kościelnej w Jeleninie, która zwieńczona był spiczastym dachem. Przelatujący głaz rzucony przez diabła, zahaczył o wieżę, która od tej pory posiada ścięty dach.

 

O wieży w Żaganiu

Wszystkie wiadomości o księciu Janie I z Żagania, które zachowały się do naszych czasów mówią zgodnie, że był to człowiek ponury i okrutny. Przed jego strasznym niepohamowanym gniewem drżeli nie tylko słudzy, ale i najbliższa rodzina. Nie oszczędzał nawet zwierząt, które dręczył z upodobaniem. Gdy wpadł w gniew, miał zwyczaj siadać na konia i gnać na złamanie karku po polach i bezdrożach, smagając wierzchowca bez ustanku i orząc jego boki ostrogami. Często zdarzało się, że po powrocie księcia z takiej ,,przejażdżki” pełen życia rumak padał martwy.

Pewnego razu, gdy zamęczył w ten sposób jednego z najpiękniejszych swoich wierzchowców, żona księcia nie mogąc znieść męki niewinnego stworzenia, ze łzami w oczach prosiła męża, by zaniechał na przyszłość tak okrutnego postępowania. Zdumiał się książę, że ktoś jeszcze śmie zwracać mu uwagę, a potem płomień wściekłości zapalił się w jego oczach.

– Litujesz się – wrzasnął – no to poczuj sama, jak to smakuje! – I jednym ciosem obaliwszy księżnę na ziemię, zaczął ją smagać batem i orać jej ciało ostrogami! Jeszcze tego samego dnia wypędził ją z domu, bo jej dobroć i łzy od dawna już budziły jego niechęć.

W jakiś czas potem pobożny i mądry opat klasztoru augustianów w Żaganiu odważył się zwrócić księciu uwagę na niewłaściwość jego postępowania. Książę Jan pohamował swój gniew. Nie było w owych czasach rzeczą bezpieczną, nawet dla księcia, toczyć spór z dostojnikiem kościelnym. Rzekł więc tylko drwiąco:

– Klecho! Czy widzisz tę wieżę kościelną? Uwierzę, iż w twoim gadaniu jest jakaś słuszność, jeżeli ona się przewróci!

Traf chciał, że istotnie w niedługi czas potem, dnia 12 lutego 1439 roku wieża kościelna bez żadnej widocznej przyczyny zawaliła się. Nikt nie poniósł przy tym żadnej szkody, a nawet strażnik znajdujący się na szczycie wieży złamał tylko nogę. Zdarzenie to wywarło na księciu duże wrażenie. Przeraził się, a zabobonny lęk przyprawił go o ciężką chorobę, która zakończyła się śmiercią. Ale w czasie choroby zmienił postępowanie i starał się być znośniejszy dla otoczenia i wynagrodzić przynajmniej częściowo krzywdy, które ludziom wyrządził. Ostatnią jego wolą było, aby za pokutę pogrzebano go pod progiem kościoła, iżby wszyscy wchodzący i wychodzący musieli deptać po jego grobie.

Dawny Żagań leżał na miejscu dzisiejszego Starego Żagania, ale osada ta została zniszczona w roku 1140. Dopiero w 1170 r. książę głogowski Konrad założył od nowa Żagań. Prawa miejskie otrzymał Żagań w 1284 roku. W tym też roku książę Przemko przeniósł tu z Nowogrodu Bobrzańskiego klasztor augustianów, oddając mu istniejący już stary kościół. Jan I zmarł w 1439 r., a więc za jego życia wznoszono (XIV w.) lub też skończono budowę stojącego do dziś kościoła parafialnego.

Jest więc możliwe, że w trakcie budowy świątyni zdarzył się jakiś wypadek, na którym oparto powyższe podanie.

 

Głodowa wieża w Przewozie

Książę żagański Jan II był człowiekiem równie srogim i bezlitosnym, jak jego ojciec, Książę Jan I. Wojny i gwałty były jego żywiołem, a władzę cenił sobie wyżej nawet od miłości braterskiej. Toteż, gdy ogarnęło go pragnienie skupienia władzy nad całym pozostawionym mu przez ojca księstwem, nie zawahał się wystąpić zbrojnie przeciw rodzonemu bratu, księciu Baltazarowi.

Przez dziewięć dni oblegał jego zamek, wreszcie rozpoczęto układy, w wyniku których książę Baltazar miał oddać napastnikowi zamek, a sam opuścić go bezpiecznie wraz ze swoją drużyną. Ale źle czynił, kto wierzył słowu Szalonego Jana (bo tak go lud nazywał). Zaledwie otworzyły się bramy zamku, żołnierze Jana II rzucili się na oddział księcia Baltazara, który został pojmany. Działo się to 16 maja 1472 roku.

Na zamku w Przewozie była wysoka wieża o grubych murach, do której nie było żadnego wejścia oprócz niewielkiej furty na górze i której wnętrze stanowiło jeden ciemny loch. Tam to z rozkazu księcia Jana wtrącono pokonanego brata. Klucz od furty zaś zabrał z sobą Jan, który zaraz udał się do zdobytego Żagania, aby tam wśród uczt i hulanek ze swymi ludźmi radować się z odniesionego triumfu.

Na zabawach i pijaństwie szybko upływał czas, tak szybko, że można było zapomnieć nawet o bracie głodującym w więziennym lochu. Minęło kilka tygodni. Pewnego dnia jednak stała się rzecz dziwna: wśród wesołego gwaru biesiady książę Jan wypuścił nagle jadło z omdlałych dłoni, a wino popłynęło poprzez stół czerwoną strugą z przewróconego pucharu. Ujrzał bowiem, jak przez komnatę przesunęła się śmiertelna zjawa brata Baltazara.

Własnymi rękami osiodłał książę najszybszego konia, dręczony wyrzutami sumienia, i jak wicher pognał do Przewozu, Bez tchu pobiegł do strasznej wieży, drżącymi rękami otworzył ją.

Na próżno! Przy stole, pośrodku lochu, z pogryzionymi w mękach głodowego konania rękami leżał trup księcia Baltazara. I tylko na stole widniały wypisane drżącą dłonią jego ostatnie słowa: ,,Pragnienie dręczyło mnie więcej niż głód”.

W przerażeniu i ze strasznym piętnem bratobójcy uciekał z Przewozu książę Jan, aby już tam nigdy nie powrócić. Niedługo potem, pozbawiony panowania przez własnych poddanych, zmarł w Wołowie w 1504 roku, otoczony powszechną pogardą i nienawiścią.

Bezwzględnie i ostro potępia podanie Jana II żagańskiego. Ale trzeba wziąć pod uwagę i okoliczności tego czynu. Już Jan I utrzymywał się na swym maleńkim księstwie tylko w wyniku zaciętych walk z bratem. Księstewko jego miało być rozdzielone między czterech synów! Wprawdzie dwóch z nich zmarło jeszcze przed śmiercią ojca, ale dla Jana II i Baltazara podział księstwa oznaczał wprost niedostatek. Po śmierci Baltazara Jan nie został wygnany, lecz sprzedał Żagań książętom saskim za 35 000 guldenów.

 

Legenda o złotym dziecku

Żagański cech rzeźników w dniach od 9 do 11 maja uroczyście obchodził 600-lecie swojego powstania. W dokumencie wystawionym 30 listopada 1314 roku po raz pierwszy zostali wymienieni żagańscy rzemieślnicy, a wśród nich rzeźnicy. Cech żagańskich rzeźników tę datę przyjął za czas swego powstania. Wiele faktów przemawia za tym, że cech rzeźników istniał w mieście już dużo wcześniej.

Nadanie pierwszych przywilejów żagańskim rzeźnikom i piekarzom jest związane z legendą o złotym dziecku z Żagania. W kamienicy na rynku w Żaganiu pod nr 19 umieszczona jest figurka wyobrażająca dziecko. Przypomina ona dawną, zapomnianą legendę. Opisał ją Carl Martin Plümicke w swoim opowiadaniu, które ukazało się drukiem w 1795 r.

Potężny czeski król Ottokar zwołał w 1254 r. zjazd stanów we Wrocławiu. Na polowaniu z nagonką, które odbyło się z okazji tego zjazdu w Urazie (ok. 20 km na północny zachód od Wrocławia) książę Bolesław Świdnicki uratował królowi życie. Rozwścieczony koń, którego dosiadał król przewrócił się wraz ze swoim jeźdźcem. Król Ottokar z wdzięczności za uratowanie go ze śmiertelnego niebezpieczeństwa ożenił swojego drugiego syna Wacława Ottokara z córką świdnickiego księcia Edeltrudą. Ponieważ narzeczony miał dopiero 17, a narzeczona zaledwie 14 lat najpierw odbyło się formalne wesele, a następnie po dwóch latach miał się odbyć właściwy ślub. Młoda para, która zamieszkała we Wrocławiu pod opieką starego, pochodzącego z Żagania, ochmistrza Melchiora Staude, nie zważała na ojcowski nakaz powstrzymania się od współżycia. Wkrótce panna młoda zaszła w ciążę. Ze strachu przed karą i w poczuciu winy uciekli z Wrocławia do sławnego i bogatego wówczas klasztoru kanoników regularnych św. Augustyna w Nowogrodzie Bobrzańskim. Z wieloma trudnościami, przez nikogo nierozpoznani przybyli do Starego Żagania. Gwałtowna zawieja i wielkie zmęczenie przeszkadzały im w dalszej podróży. Osłabieni znaleźli schronienie w rozpadającym się ze starości domku starej Grety. Już na drugi dzień osamotniona i nieporadna księżniczka urodziła syna. Ale radość młodych rodziców nie trwała długo, bo niedoświadczony ojciec wykąpał noworodka w lodowatej wodzie. Delikatne ciało zdrętwiało i nieszczęśliwi rodzice uznali, że dziecko zmarło. Matka pożegnała się ze swoim synem, a ojciec zaniósł zwłoki dziecka do pobliskiego lasu, aby je pogrzebać. Ze względu na brak narzędzi nie był w stanie wykopać grobu w zmarzłym gruncie i zwrócił się do Boga o pomoc. Po żarliwej modlitwie ujrzał w lesie zaprzężone bezpańskie sanie. Wielokrotne próby przywołania ich właściciela spełzły na niczym. Książę uznał ten fakt za znak z nieba. Położył nieruchome dziecko w kobiałkę znajdującą się na saniach i pozostawił przy zwłokach dziecka drogocenny kolczyk jego matki. Sanie należały do żagańskiego mistrza rzeźnickiego i wójta miasta Oelsnera. Gdy powrócił on po negocjacjach związanych z zakupem drewna do pozostawionych w lesie sań, znalazł w nich chłopca. Chłopiec położony w gęsto wyplecionym koszyku i pod przykryciem odzyskał naturalną ciepłotę ciała i zaczął zdradzać oznaki życia. Oelsner zabrał dziecko ze sobą do Żagania. Tutaj otoczone dobrą opieką przybranych rodziców dziecko rosło zdrowo na ciele i duszy. Po siedmiu latach do domu powrócił Ubald, syn starej Grety, i przyniósł książęcym rodzicom wiadomość, że ich dziecko żyje. Natychmiast przyjechali do Żagania, rozpoznali swoje dziecko i zabrali je ze sobą do Pragi. Przybrani rodzice zostali sowicie wynagrodzeni. Oprócz osobistych prezentów dla Oelsnerów również cech rzeźników i piekarzy w Żaganiu zostały przez króla Ottokara nagrodzone licznymi przywilejami. Z tej okazji został wystawiony specjalny list opatrzony królewską pieczęcią. Dokument pochodzi z 1262 roku.

Papież Urban IV potwierdził, że dziecko pochodzi z legalnego związku małżeńskiego i należą mu się wszystkie wynikające z tego faktu przywileje. Książę przybrał nazwisko Wacław Friedrich Ottokar. Ale w Żaganiu nazywano go i nazywa się jeszcze do dziś, z wdzięcznością wspominając obfite korzyści, które przyniósł miastu – złotym dzieckiem z Żagania.

Carl Martin Plümieke (1749 ? 1833)w czasie, w którym odpisał to opowiadanie ze starego rękopisu piastował funkcję sekretarza gabinetu na dworze księcia Kurlandzkiego Piotra Birona w Żaganiu.

Legenda o Kammlerze

Na wzgórzach znajdujących się na wschód od miasta Żagania, niedaleko wsi Chrobrów, żył w dawnych czasach potwór, który przez miejscową ludność nazywany był Kammlerem. Wzniesienia na prawym brzegu rzeki Bóbr, w miejscu, gdzie wpływają do niego wody rzeki Kwisa, noszą do dnia dzisiejszego jego imię (Wzgórza Kammlera – Kammlerberge).

Potwór mieszkał w głębokiej jaskini, od której wiódł aż do Przewozu podziemny korytarz, który przekopany był pod korytami rzek Bobru i Kwisy. Ziemia obdarzyła stwora nadziemską siłą, dzięki czemu był zdolny wznosić się w powietrze. Kammler nie chodził nigdy pieszo. Zawsze kłusował na szybkim wierzchowcu, z którym zdawał się być zrośnięty.

Dla ludzi nie był przychylny, złościł się często z błahych powodów. Gdy przypadkiem napotkał na swojej drodze dzieci, to zdawał się być dla nich uprzejmym i miłym, lecz jego łaskawość okazywała się często tylko złym żartem.

W pobliżu jego jaskini znajdowała się droga wiodąca z wiosek Bukowiny Bobrzańskiej, Bobrzan czy z Małomic do miasta Żagania. Co tydzień musiały wieśniaczki tą drogą przechodzić, by dostarczyć towary na targ do miasta. Kammler często tę sytuację wykorzystywał do swoich niecnych celów. Aby ułatwić sobie zadanie, rozciągnął przez drogę sznur, który połączył z umieszczonym w jaskini dzwonkiem. Gdy idąca drogą wieśniaczka trąciła sznurek, to Kammler wiedział, że czas grabieży nadszedł. Natychmiast dosiadał swojego wierzchowca i ruszał na rabunek. Ofiarom na pożegnanie sypał garść pieprzu w oczy, aby nie mogły zobaczyć, w którym kierunku umyka.

Po pewnym czasie okoliczni mieszkańcy mieli dość zbójeckich napadów. Chłopi zebrali się i postanowili z tym skończyć. Zaprzysięgli zgotować Kammlerowi krwawą zemstę. Klnąc i złorzecząc ruszyli, aby go ukarać. Rozważono, czy nie byłoby możliwe wykopanie nowego koryta dla skierowanie wody rzeki Bóbr do jaskini. W ten sposób można by Kammlera utopić. Ale to przedsięwzięcie okazało się zbyt trudne do realizacji.

I tak na dobry pomysł wpadł sołtys. Jeden z wieśniaków zakradnie się w pobliże jaskini i zbada odciski końskich kopyt. Pozwoli to na zlokalizowanie bandyckiego gniazda, a po jego okrążeniu przez chłopów uzbrojonych w kosy, widły i cepy jego ostateczna likwidacja.

Johann, parobek sołtysa pierwszy znalazł ślad kopyt rumaka Kammlera. Szybko chłopi się skrzyknęli, aby schwytać potwora. Ukryli się nieopodal jaskini za drzewami i krzewami. Oczy wszystkich wpatrzone były w wylot jaskini. Wszyscy widzieli jedynie odciski kopyt końskich. A potwór nie wychodził. Czekali długo. Nagle drwal przyniósł wiadomość, że Kammler był widziany w gęstym lesie. Wszyscy zaczęli się głowić nad wyjaśnieniem zagadki. Wkrótce i oni znaleźli jej rozwiązanie! Koń Kammlera był tak podkuty, że jego podkowy były obrócone na kopytach, co powodowało mylne określenie kierunku jazdy potwora.

Chłopi chociaż poczuli się wykpieni, nie zrezygnowali z jego ukarania stwora. Chcieli koniecznie na zawsze skończyć z Kammlerem. Któregoś dnia dowiedzieli się, że na pewno jest on w swojej jaskini, więc otoczyli ją ponownie. Tym razem potwór wpadł w zastawioną przez nich sieć. Chłopi rzucili się na niego i pojmali go wraz z koniem. Zabrano mu broń. Chłopi trzymali mocno konia za uzdę. Bezbronny Kammler siedział na swoim rumaku. Odbył się proces sądowy. Na końcu rozprawy spytano go, jakie ma ostatnie życzenie. Ostatnim życzeniem Kammlera było dotknięcie ziemi końcem małego palca. Chętnie zezwolono mu na spełnienie tego życzenia, bo zgodnie z tradycją osoba skazana na śmierć miała do tego prawo.

Lecz – oto! Co się stało? Ledwie dotknął ziemi, a już wzniósł się ze swoim rumakiem w powietrze, prosto w chmury. Chłopi się rozpierzchli i z trwogą spoglądali za nim. Deszcz pieprzu posypał się od ulatującego w niebo Kammlera. Klnąc i złorzecząc chłopi rozeszli się do swych domostw.

Od tej pory Kammlera już nie widziano. Lecz krążą wieści, że od czasu do czasu straszy jeszcze na wzgórzach Kammlera.

 

Tłumaczenie i opracowanie: Marian Ryszard Świątek

 

 

Miejsce gdzie łączą się nurty rzek Bobru i Kwisy jest wyjątkowo piękne i tajemnicze. Na lewym brzegu Bobru odnaleźli archeolodzy ślady pieców hutniczych z czasów rzymskich. W grodzisku znajdującym się w widłach obu rzek rozgrywa się akcja jednej powieści historycznej z czasów Bolesława Chrobrego. Wydarzenia, które miały miejsca w średniowieczu, a rozegrały się wysokim, urwistym brzegu Bobru były tworzywem do licznych legend i opowieści. Przedwojenni mieszkańcy Żagania często i licznie wędrowali na wzniesienia nad Bobrem. Urządzano tutaj pikniki, grano sztuki teatralne i wypoczywano. Zachęcam wszystkich do spaceru (lub przejażdżkę rowerem) w te urocze okolice tak jeszcze mało znane. Z Żagania idziemy ul. Strumykową do końca i dalej drogą wzdłuż Bobru przez Mały Bożnów do Wilczyc (Bukowina Bobrzańska) ok. 5 km.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Diabelski kamień

 

 

baltazar_1

Baltazar

jan i

Jan I

jan ii_szalony

Jan II Szalony

der hungerturm zu priebus przewzii

Der Hungerturm zu Priebus
Głodowa wieża w Przewozie

owieczka

Owieczka

 

Permalink do tego artykułu: http://palacchichy.pl/artykuly-mrs/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

CommentLuv badge